wtorek, listopada 30, 2004

Problemy techniczne

Emmm... coś się za przeproszeniem zepsuło. Od dwóch dni próbuje wrzucić kilka zdjeć z Atlanty i nijak nie idzie. Albo zapchałem dostępną przestrzeń, albo sam nie wiem co. W każdym bądź razie dwa słowa "do ojca prowadzącego" :-). Żartuje oczywiście, choć ciśnie się na usta przekleństwo w co najmniej kilku językach...

Ha, zaczęło się... Oprócz klasycznego chłamu w postaci gazetek reklamoych, ulotek i rachunków :-) zaczęły napływać informacje, że gdzieśtam w banku w Koziej Wólce Dolnej w stanie Nietrzeźwym Głównie zostałem już wstępnie zakwalifikowany do posiadania karty kredytowej. Oczywiście karta jest platynowa, bo jakże by inaczej, limit to wogóle taki, że w życiu mi się nie śniło i gdzież bym śmiał się ociągać z przesłaniem potwierdzenia, że chcę i że pragnę i że o niczym innym nie marzę... A pocałujcież wy mnię z tyłu pomiędzy :-). Ciekawe skąd oni biorą te informacje - kto i za ile im je sprzedaje...

Bilet przyleciał. Lot biletu trwał dość krótko, ale lotnisko mu się pochrzaniło - dostał złe namiary od siostry przełożonej, która przyjmowała zlecenie. Na szczęście czujne oko FedEx'a od razu wypatrzyło gdzie problem i jak wróciłem z Atlanty miałem na sekretynce wiadomość, że wypadało by adres potwierdzić, czy cóś... Ale jest! Dzierżę go w dłoni i czytam co następuje (na okładce oczywiście :-): Członek IATA :-). Była kiedyś taka debilna kreskówka japońska "Yata man".

I znuff nie wrzuciłem zdjęć. Ech... Ide robić żarło na jutro i spać...

niedziela, listopada 28, 2004

World of Coca-Cola

W Atlancie ma swoją siedzibę producent bodajże najsłynniejszego odrdzewiacza - Coca-Cola. A skoro siedziba, to i muzeum - jak przystało na krótką amerykańską historię :-). W porównaniu z Muzeum Heinekena w Amsterdamie, to jednak straszna nędza. Dodatkowo oburzający jest fakt, że za zwiedzanie tego muzeum należy uiścić opłatę (u Heiniego też się płaci, ale przynajmiej dorzucają jakieś ładne szklanki, a tu nic :-).

Historia samego napoju jest oczywiście jednym wielkim zbiegiem okoliczności. Jakiś nikomu nieznany aptekarz coś sobie przypadkiem zmieszał i wyszedł mu jakiś smakowity syropik, który rozcieńczał wodą i wciskał ludziom za 50 centow od szklanki. Nawet bąbelki też się znalazły przez przypadek: napój był sprzedawany w barach w postaci tegoż samego syropu rozcieńczanego wodą i jakiś barman pomylił kranówę z sodową :-). Potem weszły butelki, marketing międzynarodowy i wielki sukces rynkowy.

Generalnie muzeum jest zbiorem przede wszystkim reklam słynnego napoju. Praktycznie od początku produkcji i istnienia. Do tego dochodzi cała qpa rozmaitych godżetów typu pierwsze radio przenośne (wielkości pustaka :-) z logiem koncernu, pierwszy tekturowy sześciopak, pierwsze pudło na lód (lodówka?), pierwsze maszyny do butelkowania, do sprzedaży itd. itd. - w każdym razie jest tego badziewia od groma i trochę. Ale największą "atrakcją" jest degustacja większości trunków "warzonych" przez koncern - z różnych stron świata. Mnie osobiście najwięcej radości sprawiła podłoga w tych pomieszczeniach - lepka jak siedem nieszcześć. Tona cukru pod butami.

W sumie to się ucieszyłem z tej degustacji - nie musiałem od razu qpować 24-paka, żeby spróbować kolejnego paskudztwa. Jakoś nie byłem zaskoczony, gdy się okazało, że oprócz Diet Coke, zwanej po ludzku (czyli po naszemu :-) Coca-Cola Light, nic więcej się już do spożycia nie nadaje. Co więcej - mnie wystarczyło wychylić dosłownie po łyku wszystkiego, żeby mój żołądek zaczął się przychylać do propozycji rozmowy z wielkim białym telefonem, a z tego co widziałem to ludziki sobie tam dawały radę z większymi dawkami. Brrr...

W każdym razie kolejny element amerykańskiej pop qltury został zapoznany :-). Dla podniesienia wagi tego wynalazq należało by dodać, że lokalne społeczeństwo nazywa większość tych trunków jednym słowem - "soda", i w knajpach/restauracjach bardzo popularnym zwyczajem jest "refill", czyli jak się komuś przez przypadek skończy soda przed końcem posiłq to kelner leci z wywieszonym jęzorem i przynosi następną szklanicę bez pytania.
---
A po zakończeniu zwiedzania udało mi się spotkać z Nickiem (Holandia) i jego żoną Heather (US), którzy na Święto Indyka pojechali na klasyczne obżarstwo do rodziny do Kansas City. Też się, biedaki, napedałowali - 2000 mil całej podróży ale rozbite na kilka dni.

Wejscie, czyli atrapa linii produkcyjnej.

Jedne z pierwszych butelek Coca-Coli. Biorac pod uwage zawartosc, smiem twierdzic, ze mozna to nawet dzisiaj otworzyc i sklad chemiczny powinien byc bez zmian :-). Moze co najwyzej babelki uszly... z zyciem :-).

Misio, ale takich monstrualnych rozmiarow.

Hit sezonu: Dystrybutor Coca-Coli z jakies stacji zalogowej - nie pamietam ktorej, bo z wrazenia zapomnialem przeczytac. W kazdym razie jest to niesamowite, ze udalo sie upchac qpe niepotrzebnego balastu - zapewne w celach reklamowych. Ciekawe jaki byl koszt wyslania tego w kosmos?

Taka mala ciekawostka: logo Coca-Cola wg kilku alfabetow.

Sklep z pamiatkami. Wlosy sie jeza na glowie: cena gownianej buteleczki Coca-Cola z ozdobnym nadrukiem kosztuje $4-6!!! (normalnie taka sama ilosc kosztuje $1). Mnostwo badziewnych ciuchow w chorych cenach, ktore powinni rozdawac za darmo (albo jeszcze doplacac). Jedyna pamiatka warta uwagi to szklanka, w ktorej pierwotnie serwowano napoj, a w zasadzie jej pojemnosc - 6 oz. czyli 0.18 litra. Nie dziwota, ze przodkowie wspolczesnych Amerykanow nie mieli problemow z nadwaga.

Wejscie do muzeum po zmroku. Cola wali po zebach, neon wali po oczach :-).

Kompozycja "Ludzie z ucietymi nogami" :-), czyli zdjecie zrobione aparatem postawionym na dachu samochodu. Od lewej: Heather (U.S. - zona Nicka), Nick (Holandia), wujek i Philip (Hong-Kong).

Nieoczekiwani goście

W czwartek wieczorem, w Święto Dziękczynienia, zadzwonił niespodziewanie telefon. Okazało się, że Eva (Słowacja) razem z mężem Andrejem byli u znajomych na obiedzie "indyczym" w Zachodniej Virginii i postanowili wpaść przy okazji do Waszyngtonu. Niestety wszystko co mogłem im zaoferować to nocleg i śniadanie, bo następnego dnia rano miałem zaplanowaną podróż do Philipa. A ponieważ z Zachodniej Virginii mieli kawał drogi, to dotarli dopiero na 1.00 w nocy, więc nie mieliśmy za wiele czasu, żeby pogadać. Natomiast bardzo ochoczo zgodzili się na małe piwo, bo zgodnie z ich relacją kolacja (czy też w lokalnej nomenklaturze obiad) dziękczynny, okazał się jednym wielkim obżarstwem bez grama alkoholu (nawet piwa:-).

Eva (Slowacja) z mezem Andrejem. Mieszkaja w Cleveland (OH) nad Jeziorem Erie.

środa, listopada 24, 2004

Loża szyderców :-)

   Wzięło Anię,
   na pisanie :-).

Witam pierwszego komentatora, czy jak też to po angielsku się piknie zwie - contributor. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie kontrybucję wprowadzić :-D.

wtorek, listopada 23, 2004

Wizytacja w Krakowie

Tajemnicą Poli szynszyla (biedna Pola, biedny szynszyl :-) jest już zapewne mój przyjazd do Krakowa w dniach 18-23 grudnia. No cóż, mszczą się niepozałatwiane przed wyjazdem sprawy. Dodatkowo jeszcze trafiło się ślepej qrze ziarno (Qra, trafiło Ci się?:-) w postaci drobnej usterki na zdrowiu (szczegóły poniżej :-) i ostatecznie zdecydowałem się na przylot.

Szczerze mówiąc ani finansowo (w grudniu trzeba zapłacić drugą ratę ubezpieczenia samochodu), ani czasowo (przylot na niecały tydzień, bo Święta zaplanowaliśmy ze Słoniem tutaj) nie jest to najszczęśliwszy moment, ale co zrobić - pewne rzeczy są nie do przewidzenia. Będzie też okazja pozabierania tego wszystkiego co musiałem zostawić przy pierwszym wylocie, bo już nie było gdzie upchać. Głównie ciepłe ciuchy, bo jakimś dziwnym trafem to akurat jest tutaj dosyć drogie. Co prawda zima mi się jeszcze nie dała we znaki (biorąc pod uwagę, że jest prawie koniec listopada, a tutaj temperaturki w okolicach 10-15 stopni Celcjusza oczywiście :D w ciągu dnia), ale słyszałem, że jest wyjątkowo upierdliwa ze względu na niemiłosierną wilgoć jaka tu panuje.

No i będzie okazja, żeby się spotkać i podzielić wrażeniami, chociaż uważni czytelnicy mojego bloga zapewne doskonale znają moje wrażenia :-D.

Oczywiście nawet podróż do Polski nie mogłaby się odbyć gładko i bezboleśnie. Okazuje się, że mam przesiadkę w Warszawie i muszę czekać na samolot do Krakowa ładnych parę godzin (przylot kole dziewiątej rano, wylot do Kraka kole piętnastej). Może ktoś się zlituje nad wysztywnionymi po ośmiu godzinach siedzenia w pozycji połamano-pokurczonej i zmarnionymi po nieprzespanej nocy zwłokami :-)? Albo sobie zaaplikuję znieczulającą dawkę kilku piwek (uwaga grozi częstym bieganiem po pokładzie :-), albo winek (na tej wysokości przedwczesny kac może się skończyć niezłym bólem głowy), albo znów całe osiem godzin będę oglądał wszelki możliwy repertuar filmoteki pokładowej. Dali by dostęp do netu, a tak to nuda, nawet książki nie poczyta, bo ciemności na pokładzie zapanują.

Gdybym się przyjrzał wcześniej to pewnie bym jakiś expres zarezerwawał, a tak to w Kraku dopiero na wieczór...
A Blogger asl na to:

Nie powiem, że się nie cieszę, że jednak będziesz w kraju naszym; tu też niestety ubranie ciepłe jest obecnie przydatne. Oraz nieprzemakalne. I antywietrzne. Sychacz też by nie zaszkodził. Bo jak zwykle zima, choć jest co roku, zaskoczyła wszystkich, nie tylko drogowców. Niektórzy, nie powiem którzy, bo wiedzą o kim mowa, jeszcze na oponkach letnich. A ja mam zimowe (od zeszłego roku, bo wiedziałam, że zima w końcu przyjdzie ... ;-)

11/24/2004 10:06 AM  

Prześlij komentarz

<< Powrót / Close

Dentysta-sadysta

Powodem, który ostatecznie przeważył o moim przyjeździe jest konieczność odwiedzenia "mojej" pani doktor stomatolog. Szczęście w nieszczęściu, bo jak to inaczej nazwać.

A było to tak: dawno, dawno temu... no może nie tak dawno, bo w zeszłym tygodniu. Siedziałem sobie przy kolacji przegryzając moją ulubioną granolę z mlekiem (uwaga! znów granola z roli głównej, a mówiłem, że to wrogie siły reakcyjne na zatracenie niewinnego narodu amerykańskiego zesłały :-). Po kolejnym chrupnięciu usłyszałem dość niemiły dźwięk i okazało się, że złamał mi się ząbek. No w mordke jeża, tego mi jeszcze brakowało do szczęścia. A miałem nadzieję nie odwiedzać lokalnych lekarzy w najbliższej przyszłości.

No ale cóż, jak się dzieciakiem będąc łyknęło stężonego kwasu azotowego, nie wspominając o słynnej diecie, polegającej na odżywaniu się wyłącznie czekoladą, to takie są skutki na starość :-D.

W każdym razie dla świętego spokoju zadzwoniłem do pani dochtór, coby zajrzała w kartotekę, co tam też i z tym ząbkiem było wcześniej robione. No bo jak miałem odwiedzić lokalnego sadyste, to założyłem - słusznie zresztą - że chłopak jasnowidzem nie jest i trza go oświecić.

Zgodnie z instrukcją otrzymaną z firmy zajrzałem do katalogu dentystów powiązanych z ubezpieczycielem i znalazłem kolesia rzut beretem ode mnie. Zadzwoniłem i umówiłem się na wizytę.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pan doktor nawet nie raczył spojrzeć na mnie. Miast tego nasłał na mnie swoją asystentkę z aparatem rentgenowskim i dostałem w szczękę siedem! strzałów. Oczywiście nałożyli mi wcześniej kamizelke kuloodporną na klatę i "półkę z nabiałem", ale i tak pewnie tej nocy przez żaluzje okna w sypialni widać było poświatę mojej świecącej, napromieniowanej głowy :-D. Qźwa, no bez jaj! Ja nie wiem czy to jest dozwolone, ale chętnie bym się dowiedział jaką dawkę dostałem. U nas się larum podnosi, jak się zdjęcie klaty częściej niż raz na dwa lata robi, a tu od razu seryjka.

Oszczędzając szczegółów anatomicznych okazało się, że złamanie jest dość niefortunne (qrde, to się nazywa mieć fuxa) i pan doktor roztoczył przede mną mroczne wizje tego co zamierza z tym biedakiem zrobić. Przełykając ślinę z przerażenia zapytałem jeszcze o cenę usługi i czy mogę z tym w miarę bezpiecznie z miesiąc poczekać i czmychnąłem stamtąd w te pędy. Jak się pacjenta na dzień dobry rentgenem traktuje, to nie chce mieć kolesia w odległości kilku centymetrów od mojej twarzy z wyjącą z prędkością miliona obrotów na minutę wiertarą. Brrr... Na razie uszedłem z życiem :-D...

Przepis na Tortille

Dostałem od Carlosa przepis na "oryginales blades" meksykańskie tortille. Czyli placki pankracki do tacos, burritos, enchiladas, quesadillas itd. itd. Przepis jest prosty jak budowa cepa. Idziemy do hipermarketu i qpujemy gotowe tortille pakowane w wory foliowe :-D ("Panie doktorze, moja żona twierdzi, że jestem nienormalny, bo lubie naleśniki." "Nie ma w tym nic nienormalnego, ja też lubie naleśniki." "To zapraszam do siebie - mam dwie pełne szafy.")

No topsz, będzie przepis tylko muszę przetłumaczyć z meksykańskiego hiszpańskiego na hiszpański hiszpański, a potem jeszcze na nasz :-D. Słownik się w tle instaluje, więc zaraz będzie.

Generalnie trzeba tak (w nawiasach oryginalne angielskie słownictwo, bom kiepski z kuchennych słówek, może z wyjątkiem łaciny :-):
-35 dkg mąki pszennej (wheat flour)
-7.5 dkg (tu przerwał, lecz róg trzymał, zaraz zaraz zajrzyjmy do słownika, nosz kończ się instalować bydle, przysnąłeś, czy jak?, o mam) smalcu? (lard)
-pół szklanki zimnej wody
-łyżeczka soli
Zmieszać mąkę z solą, dodać szmalec, smalec znaczy się, i wode po trochu, aż się zrobi (znów słownik, o w mordke, pomocy, słownik wysiadł!) "doe" (??? - "nie ma takiego numeru"). Pewnie jakieś jednolite ciasto, albo co. Albo qpa tłuszczu sądząc z opisu :-D. A może bryła? Patrzmy co dalej: pracować na tym aż zmięknie (Co to - "Psy" Pasikowskiego, czy jak?). Odstawić do gara, przykryć szmata i dać postać przez 15 minut. Ukręcać małe kule (zima za pasem, będzie na czym trenować) i rozpłaszczać rękami lub wałkiem ("rolling pin", ha, wiem czego mam w sklepie nie qpować jak żona przyjedzie :-) na bardzo, bardzo cienkie, najcieńsze jakie się da. Piec na rozgrzanym (znowu mi słownik wymiękł - co za lipa ten Longman :-) "comal" - pewnikiem jakaś blacha. Wg Carlosa: A comal is a flat circular or square piece of metal that you heat by putting directly over the burner. Znaczy się jak będzie patelnia świat się nie zawali. Dodać odrobnię, ale odrobinę smalcu na patelnie, żeby się tortille nie sfajczyły.

O mamo, są chętni do spróbowania? Z opisu to takie nasze podpłomyki. Ciekawe co z tego wyjdzie... Ja na razie chyba przy sklepowych zostanę :-D.
A Blogger asl na to:

oj zjadło by się zjadło. zwłaszcza, że u nas wiadomo jak się człowiek odżywia ... dziś był precelek z otrzepanym sezamem i nawilgły od śniegu oraz jagurcik fit 0% tłuszczu (nie dlatego że na diecie, tylko że akurat miał smak brzoskwinia-pomarańcza-marakuja (sic!) i ziarenka - pozostałe informacje o procentach umknęły uwadze). A tu zzzimno. Podkręcam kaloryfer na piątkę jak Mariusz nie widzi. Jak wrócę do domku to spróbuję placki a la Miguel de Woycikez (jedynie mnie ten smalec przeraża)...

11/24/2004 10:27 AM  

Prześlij komentarz

<< Powrót / Close

Strzał zza węgla

Chciałem rownież pozdrowić serdecznie Pawła Zająca, zwanego Kicem (nie mylić z Tomkiem Zającem, również zwanym Kicem, ani z Pawłem Zającem troche młodszym, a jakże, zwanym również Kicem - swoją drogą kiedy się zaczyna sezon polowań?:-), który nieoczekiwanie dopadł mnie na GG w godzinach pracy i zastrzelił pozdrowieniami jak zza sterty węgla :-D.

Wszystkiego dobrego, Pawełku ;-).

poniedziałek, listopada 22, 2004

Mamy czwartego do brydża :-D

A w zasadzie czwartych. Kolejne pozdrowienia, tym razem dla mojej siostry Myshy i szwagra Pierrona herbu Pierróg Szarlatain :-D.

"...A baba do mnie mówi: Jesteś chłopcze psychiczny..." :-D, więc nie ma się co dziwić, że fotografuje wszystko łącznie z mechanikiem. Poza tym mechanik swój chłopak był, może by się nawet do synów Herna nadał :-D.

Trzymajcie się cieplutko, niech się mury pną do góry, niech kominy mają pion, niech Wam ten remont bokiem nie wyjdzie :-D.

Komentarze

Otrzymałem interpelację w sprawie dodawania komentarzy do moich wypocin. Jest taka możliwość, tylko trzeba się zarejestrować (a jak, nie ma letko:-). Tak więc wszystkich spragnionych intelektualnego wyżycia się na moich obserwacjach proszę o email na adres znany z pozdrowień, tym razem z tematem "zaproszenie".

Konkurs fotograficzny Canona

Na stronie canona rozpoczęła się druga edycja konkursu fotograficznego. Polecam zajrzeć - niektóre zdjęcia są naprawde świetne.

Marazm...

Tia... Siakiś zastój się trafił :-D. No bo i nie ma co pisać za bardzo, skoro się zasuwa od 8.oo do 22.oo... Emisja papierów dłużnych się szykuje :-D. Sterta papierów do przetrawienia "na wczoraj". Zboczone podejście. Klienta, nie firmy. Wszystko na gwałt. Dlatego niedziela u klienta. Badanie końcoworoczne będzie jeszcze bardziej odjechane, bo kontroler finansowy daje nogę. Wraca do Grecji - takiemu to dobrze :-D. Chociaż daleko mu do greckiego stereotypu lenia miszającego koralikami. Powiedziałym pracoholik - wszystkie weekendy w biurze, zero życia prywatnego. Do tego kompletny brak organizacji i oczy na zapałkach. Ale sympatyczny.

Aaaa, już wiem co chciałem napisać :-). Ten tego, Thanksgiving sie zbliża. W ramach dziękczynnych modłów wybieram się w odwiedziny do Philipa do Atlanty. W zasadzie to Atlanta jest tylko wymówką, bo chce zobaczyć ocean i kilka miejsc po drodze. Inaczej mówiąc zapakować tyłek w samochód i zobaczyć trochę tego kontynentu. Myślałem początkowo o Florydzie, ale bez szans w cztery dni samochodem. Nic to - co ma wisieć, nie utonie.

Wczoraj nas Antonio naciągnął na oglądanie meczu piłki nożnej. Nie mylić z football'em, bo to w Stanach coś zupełnie innego:-). Tutaj piłka nożna to soccer. W każdym razie Antonio mało się nie zapłakał, kiedy drużyna z jego rodzinnego miasta - Madrytu - dostała piękne wciry od Katalończyków. He, he. Śmiać mi się chciało - jestem kompletnym ignorantem w dziedzinie piłki nożnej, ale jak patrzyłem na wczorajsze poczynania Realu, to można by było stwierdzić, że chłopakom kule do nóg łańcuchami przykuli. Zero ruchu. Stali jak słupy. Albo jak d... :-D.

Przyleciał telewizor. Znaczy karta TV do laptopa, bo przecież nie będę tu qpował telewizora. Zwłaszcza, że oglądam go od święta i to głównie od tyłu jak się zepsuje :-D. Rozważałem zaqp, ale więcej minusów wyszło niż plusów. Co ja z nim zrobię jak będę miał wracać? Do Polski nie wezmę, bo to przecież inne napięcia w gniazdku tutaj mają. Żebym chociaż mieszkał w wieżowcu na siemsiątym siątym piętrze, to można by - wzorem naszych studentów - zastanowić się nad radosnym wyrzuceniem bydlaka przez okno na wiwat (a w zasadzie na głowę - komuś :-). A tak to jeszcze koszty utylizacji przyjdzie mi płacić :-D. A taką kartą to i nagrać sobie coś można. Zresztą walają się w domu stare kasety wideło, które kiedyś trza by dla potomnych zrzucić na jakiś bardziej trwały nośnik - będzie jak znalazł. Oczywiście okazało się, że jakimś cudem nie można jej (karty znaczy się) tutaj qpić. Znaczy można, tylko, że od jakichś prywatnych importerów za nienormalną kasę. Dlatego zaimportowałem z Polski :-D. Ale, ale, jak się autochtony zwiedziały, że qpuje telewizor, to o Panie!, mój status społeczny podskoczył z poziomu "obcy" na "cywilizowany przyjezdny" :-D. Będą mieli o czym ze mną gadać!!!

Topsz, tyle nowości, weekend był za krótki :-D. Uderzam w kimono, jutro trzeba namachać goal setting (to taki slang firmowy - chodzi o wyznaczenie sobie celów do zrealizowania w nadchodzącym sezonie :-). Dla wtajemniczonych - senior czyli ja (czyli supewisior po naszemu) ma wykrzesać z siebie 2000 godzin na sezon!!! Policzymy? Normalny tydzień pracy ma 40 godzin. Czyli powinienem pracować 50 tygodni. A gdzie święta i urlop ja się zapytuję? Jeśli dodać do tego półtora miesięczny poślizg z którym zacząłem tutaj liczyć te godziny, to zaczyna brakować tych tygodni, żeby wykręcić te dwa tysiaki... Ale "nie będzie autochton pluł nam w twarz" :-D. "Co, ja nie zrobię?" :-D. W końcu nie od parady mieliśmy tych wszystkich przodowników pracy :-D. System odszedł, dziedzictwo narodowe zostało :-D. Jak to szło? "Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, wyciągnął normę, a potem nogi".

Idę spać, bo już mi naprawdę zaczyna odwalać :-D.

piątek, listopada 12, 2004

Pożegnalna imprezka

Nie moja jeszcze, na szczęście :-).

Theresa, mój współpracowacz, zaprosiła mnie na impreze pożegnalną jakiegoś kolesia Marka. Rzeczony Mark przepracował trzy lata w firmie, w ramach normalnego tempa kariery w ciągu tych trzech lat został seniorem (oznacza to mniej więcej odpowiedzialność za projekt, czyli w naszej nomenklaturze in-charge'a). No i mu się znudziło, tudzież przeżarło, tudzież w pięty poszło. Oj, SOX 404 idzie ludziom w pięty równiutko tutaj, i to zarówno ludzikom z firmy jak i klientom. Nie dalej jak dzisiaj rano całe Stany obiegł email asystentki, która przez pomyłkę wysłała sarkastyzczne biadolenie do partnera w firmie. Dziewcze momentalnie stało się sławne we wszystkich amerykańskich biurach firmy :D.

Szczerze mówiąc trochę kaprawo się w Stanach imprezuje. Komunikacja miejska choćby chciała, to nie obskoczy wszystkiego, taksówki potrafią skutecznie zrujnować budżet, metro w powijakach (jak na taką metropolię i okolice), więc zwykle jeżdże samochodem. No a jak samochód, to wiadomo - moje spożycie kończy się na jednym małym piwie, rozciągniętym w czasie maxymalnie. Przecież nie będę się opijał Colą, zwłaszcza na noc, bo potem bym po suficie w nocy łaził :D. Fajki też w kącie leżą, bo jakieś mało popularne. Zdarza się, że z Antoniem zaqrzymy ze dwa w ciągu wieczora, ale przy autochtonach to nawet nie ma co ramy z kieszeni wyciągać, bo gdyby wzrok mógł zabijać :D...

Knajpa była całkiem przyzwoita. Trzy ogromne sale, stołów bilardowych i tarczy do rzutek cała moc, bary takie długie, że można by robić zawody karlingowe w popychaniu qfla na ladzie i byłby problem, żeby dopchać do końca. No i całkiem niezły wybór piwa - oczywiście nie mówimy o lokalnym syfie w wersji niskokalorycznej Light, Low Carb czy Diet. Dobrze, że Carlos się ostatnio zdeklarował, że zostanie kierowcą, to będzie można tam kiedyś jeszcze wpaść i z czystym sumieniem pokosztować niektórych co bardziej egzotycznych odmian chmielowego napitku.

Luda w pierony, nie wiedziałem kto z firmy, kto nie. Praktycznie sama młodzież: 25-30 lat. Uciąłem sobie pogawędkę z kilkoma ludźmi z firmy. No cóż... wnioski wciąż bez zmian... Pokutuje stereotyp głupiego Polaka, a jeden koleś, jak mu powiedziałem że jestem tu dopiero miesiąc (pewnie, że jestem dłużej, ale czas tak leci, że mi się wydaje, że dopiero miesiąc minął), to mało mnie nie zabił komentarzem: "Czyba żartujesz?! To gdzie się tak dobrze nauczyłeś angielskiego?". Na język mi się cisnęło "W d..., ty zaqta na terytorium 50 stanów, pało.", ale dyplomatycznie dałem burakowi do zrozumienia, że jak się chce to można się nawet w Kłaju (nie obrażając Kłaja:-) chińskiego nauczyć. Zwłaszcza, że wcześniej sam się pochwalił, że uczył się hiszpańskiego ileś tam lat i umie powiedzieć jedno zdanie. Sorry, Winnetou, nie moja wina, żeś leń patentowany. A jak się okazało, że jeszcze po włosku qmam co nieco i cośtam potrafię powiedzieć, to co niektórzy zdaje się zmienili trochę zdanie o głupich Polakach, bo inna gadka się zaczęła od razu. No cóż, szkoda mi ich troche, niedojrzałe dzieciaki, które łykają, jak małpa kit, wzorce swojej pop kultury bez kompletnego przemyślenia... Najgorsze jest to, że większość z nich zjeździła trochę świata i poznała ludzi innych qltur, ale jak widać nie nauczyło ich to jeszcze tego, żeby nie przylepiać komuś etykietki zanim się go pozna.

Miałem też okazję przyjrzeć się odrobinę ilości spożywanego przez nich alkoholu. To bujda, że piją mniej. Oczywiście wszystko jest sprawą indywidualną, ale nie pomylę się chyba wiele stwierdzeniem, że model spożycia jest podobny. Tyle, że piją te swoje niskokaloryczne popłuczyny, bo taki Guinness to na ten przykład zbyt intensywny w smaku i dechami zajeżdża. No a poza tym przeca to brytyjskie, a fe...

Przyglądnąłem się też troche pracy ludzi w firmie. Szczerze mówiąc przestają mnie dziwić wszystkie wtopy, bo tutaj awanse i odpowiedzialność nie idą w parze z kompetencjami. I to nie dotyczy tylko mojej firmy, to jest chyba generalna tendencja na rynku pracy w tym kraju. Ja sobie nie wyobrażam bycia in-charge'em na spółce giełdowej bez znajomości wymagań księgowych stawianych takim spółkom. A tak to tu niestety wygląda. To samo menadżerowie - może nie widziałem jeszcze wszystkiego, ale tutaj jak masz problem, to raczej nie dzwoń do menadżera, bo możesz usłyszeć ciszę po drugiej stronie. I nie chodzi o znalezienie rozwiązania - chodzi o wiedzę merytoryczną. Rozumiem wyzwania i rzucanie na głebokie wody, ale trzeba mieć podstawy, żeby wogóle wchodzić w pewne zagadnienia. Zwłaszcza, że tutaj różnych komisji, komitetów, stowarzyszeń i czort wie czego jest trochę, więc i potok generowanych wymagań i przepisów płynie szeroką strugą. Nie mówiąc o skomplikowanym rynku instrumentów finansowych. A oni wszyscy sprawiają wrażenie strasznych lekkoduchów.

Po dzisiejszym odcinku blog stracił lekko na poprawności politycznej :-), ale sam się zacząłem zastanawiać czy moja tolerancja jest tak niska, czy zasoby cierpliwości mi się kończą, czy po prostu mój "ulubiony" rozmówca przepełnił czarę goryczy :-)...

Jedyne zdjecie jakie zrobilem w knajpie. Z autochtonami jeszcze nie chce sobie robic zdjec - dam im szanse :-). A dziadzio sie tak fajnie przysnal :-).

wtorek, listopada 09, 2004

"Super size me"

Oglądałem ostatnio rewelacyjny film. Jest już na DVD, więc w kinach był pewnie z pół roku temu. Ciekawe, czy w Polsce go emitowali. Tytuł oryginalny "Super size me". Paradokument o kolesiu, który w ramach eksperymentu i prywatnej krucjaty przeciwko fast food'om poszedł po bandzie i postanowił odżywiać się przez miesiąc tylko i wyłącznie w makszajsach. Dla mnie jak najbardziej na czasie :-).

Można powiedzieć, że przegiął w drugą stronę, ale po obejrzeniu się przekonać, że nie do końca :-). Polecam zwłaszcza motyw kolesia wypijającego 2 galony! (amerykańskie mam nadzieję, chociaż niewielka różnica :-) napojów gazowanych! dziennie i drugiego lolka, który świętował obchody zjedzenia 19-to tysięcznego hamburgera!!!

A dla miłośników fizyki pytanie: czy definicja kalorii podana w filmie jest poprawna?
Nagrody ufundowane przez lokalny oddział makszajsa zostaną przesłane pocztą :-).

Polecam, bardzo prawdziwy obraz amerykańskiego społeczeństwa. Nie znalazłem żadnego rażącego przejaskrawienia.

PS. Na stronce kolesia można nawet gierkę sciągnąć. Ubić clowna :-)!

Super size me!!! Rewelacja o warczyburgerach...

poniedziałek, listopada 08, 2004

No u mnie widać...

Widać tak miało być :-). Wg mojej przeglądarki kodowanie Unicode (UTF-8).

A propos - zima do nas idzie. Mój internetowy termometr (nieźle, niedługo bez kabla odmówię wstawania z łóżka :-), pokazuje 6 stopni w skali Celcjusza oczywiście. Tych Fahrenheit'ów to nijak się nie nauczę przeliczać. Balony, znaczy galony i mile jakoś mi jeszcze idą, ale wszystkie inne funty kłaków, uncje złota, baryłki ropy, stopy wody pod kilem to jakoś nie chcą się dać namówić.

Wracając do balonów: takie zużycie paliwa na przykład to się mierzy ilością mil przejechanych na jednym galonie. No to hyc na internet i szukamy ile to tych mil mój samochód może przejechać na jednym balonie. I co? I nic, bo się okazało, że miłościwie nam panujących balonów są dwa rodzaje: jankeski i jej królewskiej mości...

Brytyjska spuścizna, nie ma co... Wszyscy naokoło (Kanada, Meksyk) używają systemu metrycznego. Nawet zatwardziali Angole powoli przechodzą na system metryczny (pewnie się poddadzą dopiero jak padnie ostatni bastion zwany funtem, ale brytyjskim :-). Tylko tutaj rządzą angielskie miary. Pierwsze próby zmiany na metryczny były podobno koło 1970 roku!!! Trzeba mieć twardy łeb, żeby przez 35 lat nie dostać po tyłku kosztami przeliczania jednostek. Albo nie widzieć świata poza swoją granicą.

Ale, ale, zauważyłem świetny motyw: obsolutnie wszytkie ilości żarcia są podawane na pudełkach i butelkach w jednostkach metrycznych i calowych (czy angielskich - jak je zwał tak zwał). Wszystkie w wyjątkiem tak zwanych Nutrition Facts, czyli ilości tłuszczów, cukrów, cholesterolu, witamin i diabli wiedzą czego oni na tej liście jeszcze nie pokazują. Otóż te informacje są wyłącznie w jednostkach metrycznych!!! Więc albo społeczeństwo amerykańskie mogło by już dzisiaj przejść na system metryczny bez żadnego problemu, albo samo nie zdaje sobie sprawy ze swojej ignorancji... Chyba jednak to drugie, bo dodatkowo są procenty dziennego zapotrzebowania organizmu...

Raz, dwa, trzy...

Próba polskich znaków... Właśnie odkryłem, że naszych nieszczęsnych dodatkowych dziewięć liter chyba będzie działać:
ąćęłńóśżź, ĄĆĘŁŃÓŚŻŹ...
Jak zadziałają to będę się od dzisiaj wyrażał po polskiemu. Czyli Kali mieć dobry banana.

Great Falls, MD

Na granicy stanu Virginia i Maryland, przedzielonych rzeka Potomac, w odleglosci dobrego rzutu kamieniem od DC znajduje sie park narodowy Great Falls. Korzystajac z ostatkow ladnej pogody wypuscilem sie w ostatnia sobote na piknik do czesci znajdujacej sie w stanie Maryland. Bliskosc parku powoduje, ze pol Waszyngtonu sie tu zwala w kazdej wolnej chwili, zwlaszcza, ze mozna tu pojezdzic na rowerze, na koniu, poplywac na kajaczku, pospacerowac, powspinac sie na skalkach, pomoczyc kija, wiec rozrywek na swiezym powietrzu w brod i jeszcze dla mieszczuchow z DC i okolic. Parking jest, a jakze, jeno miejsce do parkowania ciezko znalezc.

Coz, bez mapy kicha straszna, ale znalazlem jakis szlak, ktory wydawal sie interesujacy. Koniec koncow okazal sie calkiem fajny - przeszedlem cala Niedzwiedzia Wyspe.

Okolica przypomina troche pomieszanie naszych podkrakowskich dolinek, szlakow w beskidzie sadeckim i przelomu Dunajca. Ogolnie naprawde fajne miejsce na weekend. Zastanawia mnie tylko ilu ludzi rocznie zeslizguje sie gdzies ze skaly zaliczajac lot w dol albo do wody, albo na kamerdolce. Chyba jednak wypadki sie zdarzaja, skoro spotkalem "polawiaczy perel:-)" na cwiczeniach.

No i oczywiscie okazalo sie juz po wszystkim, ze wcale nie zobaczylem najladniejszej czesci parku. Podobno lepszy widok jest od strony stanu Virginia i to jeszcze kawal drogi do miejsca w ktorym bylem. Ale przeciez zawsze jeszcze moge tam wrocic...

Bagno jest, Shrecka brakuje :-).

Dr Pasikonik

Troszke do tylu, jeszcze, jeszcze, jeszcze...

A to okoliczni mieszkancy - ptaszyle siakies straszne, zdaje sie rodzina Henia Jarzabka z bajki braci Warner :-). Tylko Koguta Leghorn'a brakowalo :-). I tego nieszczesnego psa, co zawsze obrywal :-)...

Jak sie takie stado ptaszyskow nalecialo, to zamiast robic zdjecia wialem pod najblizsze drzewo. Zwlaszcza, ze momentami naprawde nisko nade mna przelatywaly...

Sepy odlecialy, mozna robic zdjecie :-)

"Tato, daleko jeszcze do tej Ameryki?" "Nie gadaj, tylko wiosluj!"

Rozrywka na chlodny, jesienny dzien - kapiel w nurtach rzeki. Obserwujac co niektorych mialem wrazenie, ze oszczedzaja na wodzie w domu i przyjechali wziac tutaj prysznic, bo ulubionym zajeciem byla zabawa w kaczke, czyli rycie lbem pod wode i wystawianie nad wode krotkiego "qpra" kajaczka.

Qpa gruzu, betonu i piasku :-).

Krajobraz ksiezycowy. Co niektore kamyczki to jakies tufy wulkaniczne zdaje sie.

Szumelki - tylko skad nad brzegiem rzeki szumelki? Przeca do oceanu kawal drogi stad...

Widok na zakole. Jak na moje oko to podobne troche do Dunajca, albo Popradu. Goralu, czy Ci nie zal :-)...

A to mnie po prostu rozczulilo - banda brzdacow poubieranych w "majtki" i "nocniki", wdrapujaca sie po skalach. Nie bylo by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, ze male skubance musialy zlezc ze skarpy z ktorej robilem zdjecie, przy pomocy liny, ktora znalazlem. Jak tak stalem na gorze, to z drugiej strony przyszedl drugi opiekun i zwinal line. A ja musialem sie wrocic, bo bez liny to juz nie bylo szans na zejscie. Trzeba bylo "majtki" z Krakowa zabrac ze soba :-)...

Zblizenie na bande przyszlych wspinaczy :-)

Czlowiek za burta, czyli zdaje sie jakies cwiczenia, bo na zabawe amatorszczakow to nie wygladalo.

Malowniczy zakatek, czyli zwezenie rzeki Potomac.

Zlapac za nocnik...

...i hop do pontoniku.

Stara sluza w kanale C & O.

Golizna drzewna, czyli spoznilem sie jakies dwa tygodnie na ogladania kolorowych lisci :-).

Jesienny zachod slonca nad bajorkiem. Fajnie wygladaja dwa drzewka na tej bezludnej wyspie. A w lewym dolnym rogu koles kija moczy, tylko ze widac wylacznie wedke i splawik, bo koles czmychnal w krzaki.

niedziela, listopada 07, 2004

Pocztowcy

Moj sasiad wyjechal na kilka dni. Niestety popelnil niewybaczalny blad nie powiadamiajac swietej trojcy pocztowej, czyli UPS'a, FedEx'a i USPS'a o tym fakcie. W rezultacie chlopaki zamurowali mu drzwi paczkami :-).

Niewyobrazalne, ze mozna w tym kraju wyslac paczke, ktorej nie trzeba doreczyc do rak adresata (sam takie dostawalem, qpujac na ebayu). Jeszcze bardziej niewyobrazalne, ze pocztowcy zostawiaja je po prostu pod drzwiami. No a szczytem zaskoczenia jest fakt, ze nikt tego nie rusza. U nas by pewnie piec razy zdazylo wyparowac.

To sie nazywa zamurowac komus drzwi.

sobota, listopada 06, 2004

Halloween

Na swietego "Halo, wina!" postanowilismy zbojkotowac DC razem z jego Georgetown i udalismy sie na poszukiwanie knajpy na starym miescie Alexandrii. Dosyc szybko zreszta ja znalezlismy, wiedzeni lomotem muzyki i stadem przebierancow :-). To, ze sama knajpa byla jakos tam udekorowana na dzien duchow i strachow, to jakos nie zrobilo na mnie wrazenia. To, ze mlodzi ludzie, glownie studenci, przebierali sie za co sie tylko dalo, tez jakos nie zrobilo na mnie wrazenia. Szczeka mi opadla dopiero jak zobaczylem powaznych i statecznych doroslych ludzi poprzebieranych np. za Obi-wana Kenobiego z Gwiezdnych Wojen i wymachujacych zabawkowa imitacja miecza swietlnego, albo za Ala Capone, z plastikowym karabinem maszynowym z tamtych czasow. Ze juz nie wspomne o kobietach poprzebieranych za wiedzmy, czarownice i inne strzygi (w tym miejscu az sie prosi o komentarz, ze kobiety ujawnily swe prawdziwe oblicza, ale zachowam poprawnosc polityczna mojego bloga :-). A atak smiechu wywalala u mnie napotkana na ulicy kobieta prowadzaca na smyczy wielkiego, szczerzacego zeby, plastikowego szczura.

W kazdym razie, w zadnym razie Helloween nie przypomina naszego Swieta Zmarlych. Ba, nawet nie przypomina zmarlych, bo moda kostiumow na ten dzien rozpasala sie calkowicie i podazyla kierunkiem dyktowanym przez hollywoodzka fabryke snow. Zamiast duchow i upiorow mamy przeglad gwiezdnych wojen, wszystkich superbohaterow, gangsterow, a mlodziezy droga popuscila wodze fantazji we wszystkich mozliwych kierunkach i mialem okazje zobaczyc np. cala ekipe chlopakow z zespolu Beastie Boys poprzebieranych jak na teleldysku Sabotage, kolesi z filmu "Bracie, gdzie jestes?" czyli poprzebieranych w wiezienne ciuchy, czy np. Pinokia.

Z Pinokiem zawarlismy blizsza znajomosc. Rudy, bo tak mial na imie nasz Pinokio, pochodzi z Meksyku i tutaj studiuje i pracuje. Razem z nim poznalismy Alejandro (Salwador) i Astrid (Niemcy). Poniewaz knajpy w Alexandrii funkcjonuja do 1.30 w nocy, jak niepyszni musielismy sie zwinac i koniec koncow wyladowalismy w domu u Rudy'iego.
Pinokio w miedzyczasie zreszta stracil swoj nos, ktory jeszcze w knajpie stal sie przedmiotem pozadania zdecydowanej wiekszosci osobnikow plci pieknej. W kazdym razie zblizajace sie wybory prezydenckie dostarczyly wystarczajacej pozywki do prowadzenia dyskusji do piatej nad ranem.

A propos wyborow: ja sie nie dziwie, ze tutaj tyle kasy sie wydaje na kampanie wyborcza i naklonienie ludzi do glosowania, jesli potem wybory sie robi we wtorek i kaze ludzim isc do pracy i do urny :-).

W momencie robienia tego zdjecia bylo jeszcze pustawo - potem nie bylo juz jak robic zdjec - tlum wypelnil sale po brzegi.

Imprezowa ekipa: od lewej Rudy (Meksyk) Carlos i Alejandro (Meksyk i Salwador), Astrid (Niemcy) i Wujek Samo Zlo.

Jedna z pasji naszego gospodarza okazalo sie stanie w kuchni nad garami :-). Mielismy okazje sprobowac tortilli z serem i bazylia. Rozczarowalem sie jednakowoz okrutnie, bo sama tortilla okazala sie gotowcem masowej produkcji :-), jakich pelno tu w sklepach.

Astrid i Alejandro dostali po oczach :-).

Wyzsza forma zadumy - ten facet zna historie Stanow Zjednoczonych lepiej niz nie jeden rodowity autochton.

Odlot w sobie tylko znanym kierunku - w roli glownej nasz madrycki przyjaciel.

Artystyczny nielad

Walka z butelka wina

Kameralna imprezka - na szczegolna uwage zasluguja niektore elementy dekoracji mieszkania naszego gospodarza.