wtorek, maja 31, 2005

Inwentaryzacja | Inventory Count

Mój obecny klient sprzedaje płyty CD i DVD. Ponieważ zbliża się koniec roku obrotowego i na razie jestem jedyną osobą w zespole, trafił mi się wyjazd na inwentaryzację do magazynów w okolicach Chicago i północnej Pensylwanii.

Do Chicago leciałem w czwartek. Lot bezpośredni, zero problemów. Na lotnisku wypożyczyłem samochód, bo musiałem jeszcze kawałek drogi przebyć. Tak się złożyło, że droga częściowo była płatna, a mnie zagnało o jeden zjazd za daleko no i musiałem zrobić zawrotkę. Z niewiadomych mi przyczyn panuje tutaj powszechne założenie, że każdy wozi ze sobą wór drobniaków na opłaty drogowe. Na normalnych bramkach zawsze jest tak, że są przejazdy dla tych co mają karty zbliżeniowe, przejazdy dla tych co mają odliczone drobne, które wrzuca się do koszyczka jak w niedzielę na tacę, oraz budki z obsługą, która zadba o to, żeby Ci wydać resztę. Niestety na zawrotce stały tylko te pierońskie koszyczki. A ja drobnych nie wożę, bo wyją na lotnisku na bramkach kontroli i trzeba je upierdliwie wygrzebywać z kieszeni (w portfelu nosze wszystko inne tylko nie kase :-). No w każdym razie stanąłem na środku zjazdu i zakląłem siarczyście. Ani cofnąć, ani zjechać na bok. W mordkę. Wysiadłem z samochodu i podszedłem do kolesia co się za mną zatrzymał z nadzieją, że będzie miał rozmienić kilka zielonych banknotów. A koleś do mnie, że nie ma. I żebym się bardzo nie przejmował, tylko jechał dalej, bo on też nie ma drobnych. No to wsiadłem i pojechałem. Najwyżej mi przyślą mandat.

Sam magazyn był przeogromny - z tego co się dowiedzałem to wymiary pół mili na ćwiartkę. Czyli jakieś 800 metrów długości. Ponieważ taki dystans do przejścia parę razy dziennie wydaje się absolutnie ponad normę dla przeciętnego mieszkańca tego kraju, do poruszania się służyły rowerki (skąd my to znamy?), a w zasadzie trójkołowce.

Relacja z samego Chicago poniżej. W sumie liczyłem, że uda mi się jeszcze odwiedzić znajomych po drodze na lotnisko, ale korki były nieziemskie i odpuściłem

W piątek leciałem do Scranton, PA. W sumie liczyłem się z tym, że będzie to jakaś dziura zabita dechami, ale nie sądziłem, że będzie aż tak źle. Lot w przesiadką w Philly. Oczywiście pobudka skoro świt. Do Philly lot był szybki i sprawny. Potem było gorzej. Najpierw się dowiedziałem, że następny lot jest opóźniony, a potem go zupełnie odwołali. Diabli nadali. Dwie godziny czekania na następny samolot. Szybciej bym był, gdybym pojechał samochodem (żartuje, samochodem w sumie 5 godzin). Zwłaszcza, że powrotny też był z przesiadką w Philly i czterogodzinnym czekaniem, ale nie było żadnych innych połączeń z międzynarodowym portem lotniczym w Scranton.

Udało mi się tym razem wypożyczyć Toyotę Matrix. Fajna fura. Kompaktowe kombi. Tylko ten nieszczęsny automat.

Magazyn też wypasiony. Jednak ze względu na produkcję i nowe płyty, które mają się dopiero ukazać w sklepach niesamowity poziom bezpieczeństwa - musiałem spisać cały sprzęt jaki ze sobą przytargałem: laptopa, komórkę, aparat, wszystkie możliwe karty flash i usb. Potem przy wyjściu strażnik "przetrzepał" wszystkie moje rzeczy w poszukiwaniu prób wyniesienia jakiegoś CD/DVD.

W drodze powrotnej na lotnisko zaczęło padać, a nad samym lotniskiem rozpętała się burza. No, bomba - pomyślałem - jeszcze tylko w burzy nie latałem. Na szczęście przeszła w miarę szybko i mogłem szczęśliwie wylecieć z powrotem do Philly, gdzie przez cztery godziny siedzenia na krzesełku w poczekalni trzepało mną wewnętrznie. Nawet nie mieli darmowego bezprzewodowego Internetu.

---

My present client sells CDs and DVDs. As a year-end is coming and I am the only one member in the team, I went to inventory counts in warehouses near Chicago and in northern Pennsylvania.

I flew to Chicago on Thursday. Direct flight - no problems. I rented a car and hit the road. As some freeways in Chicago are not free of charge and I missed my exit, I had to make a U-turn. Due to some strange and totally unknown to me reasons in US there is common assumption that everyone carries some change. Normally there are gates for those who use cards, for those who have exact change and gates with some clerks that can change you notes. Unfortunately on this U-turns there was only basket for exact change. And I do not carry any coins as they make the airport security gates blinking and alarming and I hate getting them out of my pocket as in my purse there is everything but the money. So I stopped, got out of the car and went to the guy that stopped behind me hoping he would be able to help with changing money. He did not. And he told me to forget it and keep going, because he had no exact change either. So I did. Let's see when they send me a ticket.

A warehouse was huge. Half mile long and quarter mile wide. So far the biggest I have seen. Because of that, as a means of transport there were bicycles (deja vu?), or rather tricycles.

The description of Chicago is below. I hoped I would be able to visit some friend, but the traffic was really heavy so I gave up.

On Friday I travelled to Scranton, PA. I knew it was rather small city and there might be some limitations in the air connections, but it was worse then I had thought. I woke up very early, flew to Philly and I was stuck there. The flight was initially delayed and then cancelled. Damn. Waste of two hours. I could have driven there by car (kiddin', it is 5 hours one way from DC). What worse was the fact that the return flight was also through Philly and I had to wait there four hours, as there was no other earlier flight to DC.

Anyway, I was able to rent Toyota Matrix. It seems to be a very nice car. Small station wagon. Automatic transmission, unfortunately.

A warehouse was huge as well. Due to production in place and new not-yet-released disks, the security level was much higher. I have to declare all my electronic equipment: laptop, cell phone, digital camera and all flash cards and usb jump drives. When I was leaving, I had my bag searched very well.

On my way back to the airport it started raining, and when I was approaching the airport I saw a small, but intensive thunderstorm. 'How nice,' I thought, 'I have not been flying in the storm yet.' Fortunately it stopped raining and I could fly back to Philly, where I spent four hours in the small seat trying not to explode because of boredom. A free wireless Internet would save me, but there was not any there.

poniedziałek, maja 30, 2005


Pennsylvania z lotu ptaka.
---
Pennsylvania - view from the plane.

Magazyn ujecie drugie.
---
Warehouse - pic two.

Magazyn ujecie pierwsze.
---
Warehouse - pic one.

Wschod slonca na lotnisku Ronald Reagan National Airport.
---
A dawn at the Ronald Reagan National Airport.

Na kursie kolizyjnym :-).
---
On a collision course :-).

Zbiornik retencyjny lekko wyschniety.
---
Slightly dried out water reservoir.

Gdyby ktos pytal: to jest miedzynarodowy port lotniczy :-).
---
This is the smallest international airport I have seen so far.

Toyota Matrix

Gniazdo 110V.
---
110V socket.

Ciekawa chmurka. Szkoda tylko, ze przynagala pieronska burze.
---
Interesting cloud. Pity it brought a heavy thunderstorm.

Chicago, IL

Wracając z inwentarki pod Chicago postanowiłem przemknąć przez miasto i zrobić kilka szybkich fotek, żeby się rozeznać dziebko w samym mieście przed nadchodzącym szkoleniem.

Dojechałem do jeziora, zrobiłem niewielką rundkę i wróciłem na lotnisko zahaczając po drodze o Milwaukee Ave i Belmont Ave, czyli okolice polskiej dzielnicy. W polskiej dzielnicy zakupiłem co trzeba, czyli trzy flakony Żubrówki (po jednej dla Antonia i Carlosa, a jedna pewnie obsiorbiemy ze Słoniem przy jakiejś okazji, jak się uda qpić jakiś normalny sok jabłkowy) i majonez kielecki :-).

Myślałem, że uda mi się qpić ramkę na blachę rejestracyjną samochodu z napisem Polska i biało-czerwoną flagą, ale jakoś nie trafiłem do właściwego sklepu. Zresztą nie szukałem jokoś strasznie intensywnie, bo nie miałem specjalnie czasu. Korki jak diabli (może ze względu na długi weekend), więc trzeba było gnać na lotnisko.

Więcej zdjęć następnym razem.

---

On my way back from inventory count near Chicago I decided to drive through downtown and make few quick pics to become more familiar with the city itself before the training in June.

I drove down to the Michigan Lake, made a small round, and went back to the airport cruising through Milwaukee Ave and Belmont Ave. To my knowledge these two streets are considered a cradle of Polish district in Chicago. I stoped just to buy Żubrówka vodka for Carlos and Antonio and polish mayo :-).

I was also looking for the license plate frame with Polish flag and Poland label, but I was not looking too long, as I was in hurry to the airport. There was a terrible traffic, probably because of the long weekend, so I did not want to risk missing my plane.

More pictures next time.

Jezioro Michigan - nie widać drugiego brzegu.
---
Michigan Lake looks more like a sea, not a lake.

Kilka wiezowcow napotkanych po drodze.
---
Some skyscrapers along the way.

Sears Tower.
---
Jedna z najwiekszych atrakcji turystycznych jest taras widokowy w Chicago.
---
The skydeck is one of the highly rated attractions in Chicago.

Lake Shore Drive czyli droga na skraju jeziora.

środa, maja 25, 2005

Google

Chlopaki z googla to niezli jajcarze. Wsrod stron jezykowych znalazlem takie perelki:
---
Google crew are hilarius guys. Among the seach engine websites in native languages I have found some interesting ones:

Bork, bork, bork! - kucharz z Muppet Show | Muppet Show Swedish cook???
Elmer Fudd - swinka Elmer z kreskowek Warnera | Elmer from Warner Brothers cartoons???
Hacker
Klingon - Star Trek???
Pig Latin - a co to u licha | what the hell is this???

wtorek, maja 24, 2005

English

Due to the fact that the audience of my blog become more and more international, I found out it would be easier to have a blog in both Polish and English, instead of having two blogs, which was an initial plan. I am not sure if all my notes will be in both languages, but if anything appears in one only, it basically means it is addressed to particular readers.
---
W skrocie: Zaczynam pisac w dwoch jezykach. Bedzie szybciej niz tworzenie dwoch blogow, czy uczenie polskiego co niektorych czytelnikow :-).

niedziela, maja 22, 2005

Bigos

Wczoraj Słoń wstąpił na wyżyny sztuki kulinarnej i przygotował BIGOS!!! Nie jestem jakimś super wielbicielem tej potrawy, ale jak się na codzień odżywia tworami amerykańskiego przemysłu, to taki bigosik na polskiej kapuście kiszonej i amerykańskiej wołowinie z dodatkiem kalifornijskiego wytrawnego kopie po pupie.

Na rowerq...

Kolejny weekend. Tym razem powoli i spokojnie, głównie ze względu na to, że przygotowujemy się na najazd ludzi na przyszły, długi weekend (Memorial Day przypada w poniedziałek).

Pozimowy przegląd wymusił zakq Motywatora Tłuszczev'a, czyli wagi łazienkowej i okazało się, że przez zimę SCHUDŁEM!!! co można uznać za ogromny sukces biorąc pod uwagę absolutny brak ruchu. Niemniej postanowiliśmy zdjąć rowery z wieszaka i popedałować co nieco.

W związq z tym, że dalej kompletujemy bagażnik na rowery (jak się okazało, uchwyty na rowery amerykańskiej Yakima'y nie bardzo chcą pasować na bagażnik dachowy VW, robiony nota bene przez szwedzką Thule), więc nie bardzo mamy jak wyjechać gdzieś za miasto.

Znaleźliśmy za to kawałek ścieżki do biegania całkiem niedaleko i postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstwa resztek lasu jaki pozostał w samym środq cywilizacji.

Wyszczerzony Slon.

Moczenie kapcia.

Bajorko w srodq lasu.

A na srodku bajora - zolw. I jak sie okazalo - jest tego tu tyle co u nas slimakow.

Droga prowadzila przez jakies kanaly burzowe.

Slon pokonuje przeszkode wodna.

Kolorowe nocniki.

czwartek, maja 19, 2005

Kingda Ka

Przeczytałem właśnie niedawno, że w NJ postawili w tym roku kolejny najwyższy i najszybszy roller coaster: 128MPH czyli ponad 200km/h i ponad 450 stóp wysokości, czyli 150m. Tylko trzy godziny drogi od DC. Pewnie się sqsimy, jak już go przetestują pierwsi oblatywacze.

Tutaj jest link do filmiku, tyle, że w jakimś durnawym formacie i nie na wszystkich kompach się chyba otwiera (protokół mms:// mówi sam za siebie - kolejne dziecko deBill'a).

niedziela, maja 15, 2005

Baltimore, MD

Wczoraj postanowiliśmy wreszcie wybrać się do Baltimore, MD. W sumie to jest jakaś godzina drogi w jedną stronę, przy założeniu umiarkowanego ruchu na drodze.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Narodowego Akwarium. Z tego co się dowiedziałem - jednego z najlepszych w kraju. No i trzeba przyznać, że ekspozycja jest niesamowita. Największe wrażenie robią ekosystemy żywcem przeniesione z różnych miejsc. W kilku dosyć dużych terrariach została zasymulowana flora i fauna np. górskiej rzeki, ujścia rzeki na plaży, rafy koralowej. Do tego dochodzą akwaria z elementami tematycznymi: ewolucja, łańcuchy pokarmowe, strategie zdobywania pożywienia czy maskowania się. Jest duże okrągłe akwarium z rafą koralową i drugie z rekinkami. No i olbrzymi basenik wypełniony płaszczkami i mniej groźnymi rekinami. A na ostatnim piętrze zrobiony jest pseudo las tropikalny. Jedyny problem to światło, dlatego tak mało zdjęć zrobiliśmy w środq.

Drugą atrakcją jest pokaz delfinów. Ale to była straszna porażka. Widzieliśmy jeden pokaz we włoskim parq rozrywki Gardaland i to był prawdziwy pokaz - delfiny przez pół godziny wykonywały jakieś skoki i sztuczki. A tutaj? Jeden skok na wysokość, jedna rundka dookoła basenu i, uwaga, największa atrakcja: ochlapanie ludzi siedzących w pierwszych rzędach wodą. I tyle. Chała jakich mało. Zwłaszcza, że przez resztę pokazu wyświetlali jakieś durne filmy i dwóch kolesi prowadzących mieliło jęzorami bez celu.

W sumie zajęło nam to dobrze ponad dwie godziny. Potem postanowiliśmy przespacerować się do Fell's Point - dzielnicy, która kiedyś była siedzibą Polonii. W chwili obecnej nie wiele już wskazuje na obecność Polaków. Znaleźliśmy dwa sklepy (i więcej podobno nie ma w okolicy) i jakąś pocztę imienia generała Haller'a. Poza tym trochę akcentów włoskich i irlandzkich. Ale generalnie bardzo przyjemne miejsce, zwłaszcza w porównaniu do polskiej dzielnicy w NY, czy w Philly: stara, acz zadbana zabudowa, kolorowe puby, portowe nabrzeże z jachtami.

Udało nam się qpić trochę polskich specjałów (z niecierpliwością czekam na Chicago) i w zasadzie na tym skończyło się nasze zwiedzanie, bo pogoda się popsuła do reszty i lunęło deszczem. A w drodze powrotnej na obwodnicy DC trafiliśmy na piękną burzę z piorunami.

Slon puszczal "oko" do przejezdzajacych policjantow.

Mapka centrum Baltimore. Udalo nam sie zobaczyc troche Inner Harbour and Fell's Point.

USS Constallation

Dziecko na smyczy. Przemilcze jakosc wody, bo chyba bezpieczniejsza by byla kapiel w Wisle.

Widok na National Aquarium w Baltimore.

Ciekawa zabudowa portowa.

Panorama Baltimore ze Sloniem :-)

Latarnia morska i jakas lodeczka.

Rybki z ferajny :-)

Morska szkapa

Kolory rafy koralowej.

Nemo?

Ryba po spotkaniu z walcem :-)

Naokolo parami.

Salto ze sruba.

Broadway Market - w budynku w tle znajduje sie jeden z polskich sklepow.

Stare budynki Fell's Point.

Polskie kielbasy robia furore.

Poczta im. J. Hallera.

Jeden z nielicznych starszych wiezowcow.

Zabudowa a'la New York.

piątek, maja 13, 2005

Musiałem

Janek, nie mogłem się powstrzymać. Wybacz :-).

Absolutnie jedyne i niepowtarzalne życzenia urodzinowe. Poruszył mnie do łez zwłaszcza Rysio z fantastycznymi "pędzelkami" na uszach (dla niezorientowanych - Ryś to jedna z moich ksywek, właśnie ze względu na futro na uszach :-). Kopie po pupie! Że nie wspomnę o chomiq, który bardziej przypomina kac-kreta :-).
A Blogger mring na to:

Nie ma problema Wlodzio! Ryś jest kluczową postacią na zdjęciu chociaż niestety trudno doszukać się podobieństwa do Michała W mimo ze bardzo sie staralem. Jezeli chodzi o chomika... Chcialem rozwiac watpliwosci: to jest chomik i wcale nie wypadl rysiowi spod ogona jakkolwiek rysunek moze sugerowac cos innego...

5/18/2005 4:19 AM  

Prześlij komentarz

<< Powrót / Close


Absolutnie jedyne zyczenia urodzinowe pod sloncem.

środa, maja 11, 2005

Komóry

Dotarł dzisiaj nasz familijny pakiet komórkowy. Dwa telefony, dwie linie, jeden rachunek i darmowe minuty dzielone na dwoje :-). Aż dziw bierze, że w kraju "singli" wpadli na taki pomysł :-).

Dla zainteresowanych: można słać MMS-y, tylko nie wiem po co - lepiej wysłać cyfrową fote mailem, bo i tak na tym ekraniku nic nie widać (wiem, wiem, starość nie radość i ślepota też się powoli zbliża :-).

Tak, że od dzisiaj numer zaczynający się na +1201 przestaje być powoli aktualny. Cały czas działa domowy (+1703), ale tutaj można głównie pogadać z automatem.

Oczywiście ze względu na unikalność Stanów, komóry nie bardzo nadają się do użycia poza terytorium. Z niewiadomych przyczyn "tylko" Azja i Europa "chodzą" na tych samych "falach" :-). Tak, że pewnie wraz z telewizorem wylądują w koszu po zakończeniu tournee.

Setka i śledzik, czyli jak to wujkowi czyści lat huknęło z grzyweczki :-)

Wczora z wieczora wujek osiągnął sędziwy wiek 70 lat, oczywiście do setki :-). I dalej żyje :-). Znaczy się teraz już tylko z górki będzie :-).

Jeszcze ze dwa lata temu myślałem, żeby obejść "czydziechę" w jakimś egzotycznym miejscu (czytaj Alpy), ale w najśmielszych wyobrażeniach nie śniły mi się obchody za oceanem. Ciekawe co będzie z "czterdziechą"? Jeśli oczywiście dożyję :-), bo przy moich zdolnościach ksztuszenia się żarciem nie wiadomo :-). Choć podobno złego licho nie bierze :-).

W każdym razie Słoń mi zrobił wielką niespodziankę pt. tort ze świeczkami i wypasiona laurka ze Snoopa'asem. No i dostałem flache argentyńskiego wytrawnego w prezencie. Żeby uczcić krągłą rocznicę wypuściliśmy się osushić jakieś małe sushi. Nie powiem, żebym przepadał za surowymi rybami, ale mając do wybory padlinę - choćby nie wiem jak rewelacyjną - z głebokiego tłuszczu marynowaną uprzednio w occie już wolę chyba surowiznę. A ponieważ "tatara" tu nie uświadczy (przynajmniej na razie nie widzieliśmy - może w Chicago w jakiejś polskiej knajpie wypatrzymy), to zostają tylko ryby.

Oczywiście knajpa była w moim "ulubionym" miejscu czyli w okolicach Roselyn, gdzie ile razy jade, tyle razy się gubię. Drogi jest na całe 15 minut, a nam zajęło 40 minut. Ze dwa razy udało nam się przekroczyć Potomac i wjechać do DC. Straszne. I wszystko z mapą w ręku, żeby ktoś nie mówił, że chłopy uparte i że zawsze twierdzą, że mapa im niepotrzebna, bo i tak trafią :-). No chyba, że ze starości gubię orientację :-).

Oczywiścię dziękuję bardzo serdecznie za wszystkie życzenia, które mnie zasypały. Będziemy pić jak wrócimy :-).

Wujek "sushi" miske ryzu :-).

Sushi, czyli Slon na rybach :-).

Laurka i tort urodzinowy

piątek, maja 06, 2005

Wieszak na rowery

Udało nam się ostatnio wypatrzyć i nabyć drugi pod względem użyteczności mebel do naszego maciupkiego mieszkania: wieszak na rowery. Najbardziej interesującą cechą tej konstrukcji jest to, że nie trzeba jej mocować. Jest już takie coś w Polsce?

Trzeba przyznać, że mają tu dosyć ciekawe rozwiązanie jeśli chodzi o przechowywanie i transport. Np. taki hak holowniczy do samochodu jest zwykle kawałkiem profilu stalowego o przekroju kwadratowym, w który wtyka się rozmaite zakończenie - oprócz samego haka jest np. bagażnik rowerowy trochę podobny do tego naszego wieszaka, bagażnik na narty/deski, skrzynia na narzędzia albo krótka platforma. Nie wiem tylko co na to nasze przepisy drogowe...

Wieszak na rowery :-)

wtorek, maja 03, 2005

Dziwne prawa stanu Virginia

Stan Virginia jest podobno jednym z najbardziej restrykcyjnych stanów w US. Niestety czasem mam wrażenie, że ustawodawcy mają trochę nie po kolei pod sufitem.

Niedawno przeczytałem, że podobno w lutym tego roq ustanowiono prawo zabraniające noszenia spodni poniżej linii majtek. Dyktatorzy mody się znaleźli. W dosłownym tego słowa znaczeniu... Litości, co to kogo obchodzi dokąd mi majtki sięgają. A jak noszę takie sięgające pod samą szyję :-), to co - mam sobie kombinezon jednoczęściowy qpić, czy jak? Grzywna wynosi 50 dolców. Przyjdzie chyba szelki do bojówek qpić, bo przecież bez majtek nie będę chodził :-).

A dopiero dwa tygodnie temu ustanowili prawo zabraniające gadać przez komórkę w samochodzie, co jest tutaj plagą, razem z kopceniem fajek w samochodzie. Dziwne priorytety...

niedziela, maja 01, 2005

Baseball game

W piątek wieczorem pojechaliśmy do Baltimore na mecz baseball'a. Antonio wygrał cztery bilety na mecz Baltimore Orioles vs. Tampa Bay, w konkursie organizowanym przez swoje biuro. Nie wiem co to był za konkurs, ani co było główną nagrodą, bo bilety dostał za zajęcie ostatniego miejsca :-).

W każdym razie miejsca były bardzo dobre - siedzieliśmy dwa rzędy za "ławką drużyny gości", więc wszystko było widać z bliska. Szczerze mówiąc nawet nie wiem jakim wynikiem zakończyło się spotkanie, chyba Orioles wygrali. Cały ten baseball jest nudny jak flaki z olejem. Dwie i pół godziny mniej więcej trwa takie spotkanie. Sqteczność trafienia kijem w piłkę to jakieś 25%, sqteczność wybicia jej w jakimś sensownym kierynku, a nie w trybuny za sobą to jakieś następne 15%-20% z tych 25%, a nawet jeśli wybiją ją w sensownym kierunku to zwykle kolesie łapią piłkę zanim upadnie na trawe i zabawa w wybijanie zaczyna się od nowa. Tak, że doczekać się jakiegoś punktu, to naprawde można się zniechęcić.

Pewnie dlatego większość czasu przegadaliśmy z Antoniem. Carlos się wciągnął w grę, ale chyba tylko dlatego, że kiedyś w Meksyku grał w baseball, więc może podążał za wątkiem gry. Nam się nawet wstawać nie chciało jak piłka leciała na home run, czyli w tak zwane buraki, bo i tak sqteczność takiego lotu to jakieś 10%, reszta ląduje w rękawicy łapacza. W całym meczu, który widzieliśmy poszły dwa home run'y (części nie wiedzieliśmy, bo zgodnie z lokalnymi zwyczajami staliśmy w kolejce po hot-dog'a i piwo). A tak to kilkanaście razy poleciała jeszcze, q uciesze gawiedzi, w trybuny. Więc czym tu się ekscytować?

Chociaż lokalni mają chyba jakąś "podjarę", bo za nami siedział koleś, który przez cały mecz sqtecznie "darł ryja" do zawodników. Głównie niepoprawne politycznie epitety pod adresem przeciwników. Z tego co rozumiałem, to nie były to bardzo ostre określenia, bardziej - powiedziałbym - ironiczne niż obraźliwe. I chyba zawodnicy musieli je słyszeć, bo widać było, że reagują na wrzaski. Gdzieś pod koniec meczu nadciągnęło jeszcze stadko lokalnych nastolatek, które zaczęły kolesiowy wtórować, pozbawiając nas na jakiś czas pełni władz słuchowych przeraźliwym wrzaskiem tuż za uchem.

Oczywiście po meczu stadion opustoszał dosłownie w kwadrans, a parking wraz z nim. Ludzi wymiotło. Nikt się nie awanturował, chociaż zdarzały się jednostki, które sobie to i owo głośniej wykrzykiwały.

Myśmy przeparkowali jeszcze samochód i ruszyli na podbój jakiegoś baru. I troche nam zeszło z tymi podbojami - Carlos za punkt honoru wziął sobie przekonanie nas do tequili (mnie tam wcale przekonywać nie trzeba :-). W każdym razie z godzine nam zajęło odwiezienie Antonia do domu, bo w stanie wskazującym nie potrafił znaleźć właściwej drogi, biedaczek. W drodze powrotnej zaczęło strasznie padać, ale Słoń, który prowadził, widać nie przejął tym za bardzo, bo dzielnie walczył ze strugami deszczu. Carlos twardo jej asystował, nawijając makaron na uszy całą drogę, a mnie się zaczynało delikatnie drzemać :-), co o piątej nad ranem nie było dla mnie zaskoczeniem.

Za tydzień planujemy wyskoczyć na zwiedzanie Baltimore. Jest jakaś historyczna dzielnica, no i znaleźliśmy w Internecie polskie sklepy z żarciem usytuowane w tym mieście. O, panie :-).