sobota, lipca 30, 2005

Rok temu... / A year ago...

Dokładnie rok temu, 31 lipca 2004, samolot zarył kołami na lotnisku JFK w NY. Rozglądałem się naokoło, że mało brakowało a ukręcił bym sobie łeb :). Oczywiście gacie pełne, bo co z tego, że człowiekowi limo pod nos podstawili i z lotniska zabrali skoro i tak w robocie trzeba liczyć na siebie. Pamiętam pierwszą rozmowę z portierem w hotelu, w którym nas po przyjeździe zadekowali. Koleś był Hindusem i mało ataq serca nie dostałem, jak zaczął do mnie mówić "po angielsku", a ja ni cholery nie qmałem.

Minął rok. O mamo, już rok. Zastanówmy się...

Wypadało by najpierw zaznaczyć, że zawsze chciałem tu przyjechać :). W czasach, kiedy w sklepach był tylko ocet i kolejki, opowieści dzieciaków, których jakiś Wujek Zdzisek (stąd ksywa:) siedział w Stanach, powodowały wypieki na twarzy. Później okazało się, że miejsce okrzyknięte przez większość rajem jest również zakazanym owocem: politycznie i finansowo.

Możliwość legalnego wyjazdu do pracy była więc nie lada gratką. Problem był tylko ze Słoniem: studia w toku, awans w pracy, trochę kicha tak wszystko rzucić. Pierwszy plan: to tylko 18 miesięcy - wytrzymamy oddzielnie. No chyba z beczki! Na szczęście oboje poszliśmy po rozum do głowy i Słoń się teraz użera z podręcznikiem do TOEFL'a:), wydzierając się na mnie, żebym przyciszył internetowe audycje BBC (wreszcie normalny brytyjski akcent łechce czule uszko me:), bo nie może się sqpić:).

To co, oprócz garba i ćwiartki dioptrii więcej na każdym oku, przypadło mi w udziale po roq w "raju"? Pomyślmy: trochę długów, siwych włosów i to dziwne uczucie, kiedy oglądam taki, dajmy na to, "National Treasure" ("Skarb narodów" - durne tłumaczenie), że ja już tam kiedyś chyba byłem.

A, przepraszam, dorobiliśmy się jeszcze laptopa, w którym dysk zdążył już odejść do krainy wiecznych łowów i panoramicznego:) telewizora o przekątnej okranu 15 cali, którego od czasu do czasu trzeba zbutować, żeby obraz nie znikał.

No i co gorsza zachorowaliśmy ciężko na "głoda podróżniczego" połączonego z "gorączką zwiedzania". A ja zamiast "łokcia tenisisty" mam jeszcze "palec fotografa" - schorzenie polegające na ciągłym przyqrczu palca wskazującego, jak tylko zobaczę w zasięgu wzroq coś, co się nadaje do zdjęcia (żeby chociaż te zdjęcia miały jeszcze jakąkolwiek artystyczną wartość... :)

W każdym razie po roku amerykański zakazany owoc nabrał nowych kolorów i smaków: czasem słodki i soczysty, czasem zgnity i robaczywy. Zobaczymy co powiem w przyszłym roq :).

---

I landed at the JFK airport in NY exactly one year ago, on July 31, 2004. I was looking around so intensively that I almost broke my neck :). Of course, I was scared to death, because even though they sent a limo to give me a ride to a hotel and they helped me a lot with setting up, I have to count on myself at work. I remember my first conversation with a receptionist in the hotel we stayed. He was probably India citizen, and I had almost a heart-attack, as I was barely able to understand him.

It has been a year since then. The whole year. Let's think...

I should first underline, that I have always wanted to come here. In the communism times in Poland, the stories told by other kids whose uncle/aunt was in US made unbelievable impression on me. Later I found out that this paradise is also unavailable due to political and financial reasons.

Therefore, the opportunity of coming here for the rotation within the company was really tempting. However, it was a problem for Słoń: studies in progress, a recent promotion at work - it didn't look wise to quit everything and leave. So the first idea of 18-month separation looked obvious. No way! We had to reconsider it and finally Słoń ended up with TOEFL book, ocassionally screaming at me to shut down the Internet BBC radio broadcasts (lovely British English eventually), because she cannot concentrate on her homework :).

So what I have gained, except for bigger hunchback and a quarter of dioptre more at each eye, living in this paradise for a year? Let's think: some debts, a couple more of white hair and this unusual feeling while watching, say "National Treasure", that I have already been there.

Ups, I'm sorry, I forgot about laptop with already dead hard-drive and huge:) 15" tv, that needs to be hit sometimes to show the proper view.

What is worse, we were infected by "travelers' hunger" and "visitors' heat". And instead of "tennis elbow" I have got the "photography finger" :-), so I have a cramp of my index finger every time I see something I can make a picture of :) (I only wish the pictures were a bit more artistic :).

Anyway, after a year an american forbidden fruit has a different color and taste: sometimes it is juicy and sweet, sometimes rotten and grubby. Let's see what would it be next year :).

SkypeOut Day!!!

10 minut za darmo! Trzeba wejść na strone i zalogować się na swoje konto.

---

Free 10 minutes! It is necessary to log to one's account on the skype website.

piątek, lipca 29, 2005

Europa, Europa...

Zatęskniło się wujkowi za starym kontynentem, oj zatęskniło...

Tydzień temu odbyła się libacyja z okazji zakończenie kolejnej, okrągej wiosny żywota na tym łespadole przez Rafcia (zdruffka!). A nas tam nie było...

Carlos z Antoniem na tydzień do Madrytu wyskoczyli w ramach długiego weekendu 4 lipca. Nas tam nie było...

Arthur pojechał na wywczasy do Brzostakowa. Tam też nas nie ma...

Piękna pogoda w Tatrach. A my gdzie indziej...

Zjazd krewnych i znajomych królika się szykuje w Brukselce. A nas nie będzie...

Jedni do Paryża, inni do Mediolanu, ktos znuff do Turcji. A nas tam też nie będzie...

W morde, trzeba spakować spiwór i ruszyć na podbój tego kontynentu, póki my tu jeszcze som. Niech no tylko Słoń się upora z egzaminami.

---

In last few days I was thinking a lot about Europe...

There was a party because of my friend's round birthday last week. We haven't been there...

Carlos and Antonio went to Madrit for a week during the 4th of July long weekend. We haven't been there as well...

Arthur is on vacation in Brzostakuff. And we are here...

The weather in Tatras is great, but we are somewhere else...

There is friends and family meeting in Brussel. We won't be there...

Some people are going to Paris, some of them are in Milano, some - in Turkey. And we won't be there as well...

Damn, we should pack our sleeping bags and start a crusade around North America, before we leave this place. I am looking forward to completion of Słoń's course.

czwartek, lipca 28, 2005

Sondaż / A poll

Idą wybory, wszyscy robią sondaże, to ja też :-). Na samym końcu po Darowanym Koniu. Howgh!

---

There is a poll at the end of sidebar after free soft buttons. The options are: more pictures, more bla-bla, no changes.

środa, lipca 27, 2005

Samochody / Cars

O przemyśle motoryzacyjnym w US1 pisałem już kilka razy, ale jakoś nigdy nie mogłem tego pozbierać w sensowną całość. Dzisiaj jednak usłyszałem w radiu jak chłopcy pieją z zachwytu i sikają prawie po nogach nad jakims kompletnie mi nie znanym samochodem. Szybkie poszukiwanie w Internecie i...
...mało nie spadłem ze stołka...

A ponieważ Kamil mnie ostatnio pytał co tu się nadaje do jeżdżenia, postanowiłem wygenerować krótkie podsumowanie lokalnych tworów motoryzacyjnych.

Pochodzenie

Japonia
Jeździ tu trochę marek chyba nieznanych jeszcze w Europie (przynajmniej wg mojego poziomu wiedzy z przed wyjazdu :). Lexusy (marka Toyoty) i Acury (marka Hondy) nie powinny brzmieć obco, ale takie marki jak Scion (marka Toyoty) czy Infiniti (marka Nissan) nie były chyba do tej pory zbyt znane kierowcom europejskim. Swoją drogą wszystko wskazuje na to, że niektóre Acury na rynku US są sprzedawane jako Hondy w Europie. Przynajmniej z wyglądu.

Japońskie samochody są tutaj popularne ze względu na ekonomię silnika. Prym wiodą: Honda Civic i Toyota Corolla (od razu zaznaczę, że te auta są tutaj uważane za małe, żeby nie powiedzieć bardzo małe - w zasadzie z wyjątkim jakiegos hybrydowego pseudopyrtka Hondy Insight chyba nie wiedziałem nic mniejszego). Do tego dochodzą pojawiające się coraz częsciej hybrydy: Honda Civic Hybrid i Toyota Prius. Tych jest jednak mniej, bo są pierońsko drogie.

Zauważyłem również, że małe, sportowe (lub stylizowane na takowe) samochody japońskie (Mitsubishi Eclipse, Toyota Celica, Scion tC) są tutaj stosunkowo tanie, chyba głównie dlatego, że są generalnie postrzegane jako małe i niezbyt użyteczne dla więcej niż jednej osoby :-).

A propos: Mazda należy do Forda, więc chyba należy ją już rozważać w kategorii US :).

Europa
Z europejskich przedstawicieli na wschodnim wybrzeżu US dominują Volkswageny (z wiadomych powodów: fabryka w Meksyku, druga w Brazylii), a także Volvo i Saab. Te dwa ostatnie stanowiły dla mnie nie lada zagwozdkę do momentu kiedy przeczytałem, że Volvo zostało kupione przez Forda (o, mamo!) w latach dziewiećdziesiątych, a Saab należy do General Motors. Są oczywiscie jeszcze nieśmiertelne Mercedesy (obecnie ostro promowane CDI) i BMW (od 3-ki wzwyż, 1-ki nie spotkałem ani jednej), ostatnio już nie tak popularne jak kiedyś. Chyba nikogo nie zdziwi, że dominują oczywiscie modele SUV, więc ze znanych marek można jeszcze zobaczyć Land Rovery (też już Ford) we wszystkich odmianach.

Zadziwiającą popularnoscią cieszą się tutaj Mini. Ale to może ze względu na okolicę Metro DC, gdzie codzienne korki powodują u mnie większą frustrację niż rachunki, które muszę płacić. I może dlatego Daimler-Chrysler planuje wprowadzenie Smarta na rynek amerykański, jeśli dobrze słyszałem.

Produkcja lokalna
Jedno można powiedzieć - liczy się wielkosć: nadwozia typu SUV, van i pick-up, a do tego silniki V6-V8 wolnossące po 4 litry i więcej. Wielkie ponaddwutonowe bydlaki. Więc Jeep Grand Cherokee and Liberty (w tym roku wprowadzili silniki CRD), Dodge RAM, Chevy Tahoe i Suburban, GMC Yukon, Cadillac Escalade (hip-hop'owy best seller :), i niesmiertelny Hummer w trzech odsłonach. Oczywiscie jest też dużo japończyków i europejczyków tego kalibru, ale prym wiedzie lokalna mysl techniczna.

Mnie stasznie śmieszy ten kult SUV. Rozumiem kogoś, kto mieszka na północy, gdzie jak sypnie śniegiem to rzeczywiście ciężko przejechać normalnym samochodem. Ale tutaj, w DC? A już szczytem lokalnej wioski jest SUV na alufelach 28-30 cali wypolerowanych na połysk i niskoprofilowych gumach. Bo ani się tym pościgać, ani po wertepach pojeździć. Wioska. Blink, blink.

Należało by też wspomnieć o muscle cars ("samochody - mięśniaki"2:), czyli samochodach z lat 6o-tych i 7o-tych, które mają ogromne silniki i niespożyty zapas mocy. Tymi jednak zajmują się pasjonaci i na ogół nie służą jako narzędzie dojazdu do pracy, tylko na niedzielną wycieczkę po okolicy. Chyba kultowym przedtawicielem jest Ford Mustang, rocznik 1965 na ten przykład.

Patrząc na lokalne trendy zawitała chyba trochę moda na retro, bo pojawia się coraz więcej fur nawiązujących stylizacją do lat 3o-tych i później: staruszek Chrysler PT Cruiser, Chevrolet HHR, Chevrolet SSR, Plymouth Prowler, Ford Thunderbird.

Odłamem od tej mody są też hot rod ("wypasiony wózek sportowy"2:), czyli amatorskie repliki samochodów w początku wieku, oczywiście wyposażone w mocne silniczki.

Zasilanie

Myślę, że to jest największa różnica w porównaniu z Europą. Nie znam oficjalnych statystyk, ale z obserwacji 95-98% samochodów to benzyniaki. Silniki Diesel'a są tutaj bardzo niepopularne. W zasadzie widziałem je tylko u Volkswagena (TDI i TDI PD), w Hummer'ze i ostanio w samochodach koncernu Daimler-Chrysler (Jeep CRD i Mercedes CDI). Poza tym występują wyłącznie w ciężarówkach i dużych pick-upach.

Amerykanie nie lubią silników Diesel'a. I mają ku temu powody. Benzyna od zawsze była tania jak barszcz (olej napędowy jest droższy od normalnej benzyny), silniki benzynowe (nawet wolnossące) kładą osiągami silniki wysokoprężne na łopatki (zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę pojemność lokalnych benzyniaków). Jeśli do tego dodać drgania, hałas i kopcenie klasycznych silników Diesel'a, to nie ma się co dziwić ludności autochtonicznej, że woli benzynę.

Na koniec należało by jeszcze dodać, że w US są trzy rodzaje etyliny: 87 (rzadziej 85), 89 i 93 (czasem 92, czasem 94). I generalnie wszystkie lokalne silniki są "liczone" na to najlichsze paliwo, w przeciwieństwie do silników w samochodach europejskich, które min. 93-95 oktanów potrzebują.

LPG tutaj nie wiedziałem. I pewnie dopóki cena benzyny nie wzrośnie dwukrotnie (obecnie najtańsza kosztuje połowe tego co w EU), to nie sądę, żebym LPG zobaczył. Natomiast widziałem już profesjonalne/półprofesjonalne zestawy do zasilania samochodów z silnikiem Diesel'a olejami roślinnymi (rzepak, słonecznik). Nawet tymi przepalonymi, z pobliskiego McSzajsa.

Wajcha

Kolejny stereotyp to automatyczna skrzynia biegów. Rzeczywiście większość samochodów, zwaszcza rodzimej produkcji, wykorzystuje automat. Jednak coraz więcej jest na ulicach samochodów z manualną skrzynią biegów. Po pierwsze są tańsze, po drugie zużywają mniej paliwa, a po trzecie... Tu mógłbym zacząć wymieniać długą listę zalet skrzyni manualnej, ale sobie daruje. Automat ma tylko jedną zaletę: można trzymać w wolnej ręce mapę.

Z rozmów ze znajomymi wnioskuję, że wszyscy którzy wcześniej jeździli samochodem z manualną skrzynią a tutaj musieli się przesiąść na automat mają podobne zdanie.

Na ulicy

To jest jeden z fenomenów. Lokalne bryki zawsze były nastawione na długowiecznosć i niezawodnosć. Przebieg 100-200 tysięcy mil nie jest tutaj specjalnym wyczynem. Dlatego czasem patrząc na samochody na ulicy mam wrażenie, że motoryzacja tutaj jest zacofana o kilka lat. Zwłaszcza jak widzę te rozsypujące się pick-up'y. Co więcej - pęd ku najnowszym rozwiązaniom technicznym wcale nie jest tu specjalnie oczuwalny. Powiedziałbym, że co niektórzy wręcz są dumni, że jeżdżą 10-20 letnim samochodem. Przyczyna? Usługi są tutaj stosunkowo drogie i wiele osób samodzielnie naprawia/reguluje swoje samochody, a współczesna elektronika samochodowa czyni to zajęciem dość skomplikowanym w domowych warunkach (ale nie niemożliwym - patrz VAG-COM).

Oczywiście najnowsze modele też jeżdżą. Tyle, że nie ma synchronizacji pomiędzy premierami tutaj i na starym kontynencie. W EU w tym roku była premiera VW Golf i VW Passat kolejnej generacji. Tutaj dalej stare modele w salonach. Za to tutaj nowa VW Jetta, a w EU dalej stara Bora. To, że o VW Polo, Lupo czy Fox niewielu tutaj słyszało, a już napewno niewielu widziało, nie powinno nikogo dziwić...

Może z innymi markami europejskimi i japońskimi jest inaczej, niemniej jednak nie rzuca się to w oczy i wrażenie zacofania pozostaje. Ale może to wina tych sypiących się pick-upów, może tego, że nie ma tu włoskich, francuskich czy hiszpańskich stylistów, a może tego, że wszystkie samochody są do siebie strasznie podobne (trójbryłowy kanciasty sedan)...

Wrażenia z jazdy

Hmmm... Może wogóle nie powinienem się wypowiadać... Osobiście nie lubię samochodów amerykańskich. Miałem przyjemnosć jeździć kilkoma (tutaj to nie jest żaden wyczyn - wypożyczenie samochodu na jeden dzień, żeby dojechać z lotniska do klienta i z powrotem często wychodzi taniej od taksówki) i mają za miękkie zawieszenie, a przy prędkosci powyżej 80MPH zaczynam się bać :-).

Obydwa czynniki są jak najbardziej uzasadnione: zawieszenie jest miękkie, bo wbrew pozorom amerykańskie drogi nie są rewelacyjne (też jest qpa dziur), a biorąc pod uwagę, że niektórzy spędzają za kółkiem całe życie nie jestem zdziwiony, że lubią fotelik bujany. A co do prędkości: limit na autostradzie to max. 65MPH, większość podróżuje z prędkoscią 80-85MPH, bo za jazdę powyżej 20MPH ponad limit można dostać mandat za tzw. reckless driving ("bezmyslna jazda"2), a to oznacza kartotekę na policji (przestępstwo z opcją ograniczenia wolnosci). Więc pewnie normalne osobowe samochody nie są projektowane na więcej.

Z drugiej jednak strony doskonale rozumiem ludzi, którzy się zachwycają amerykańskimi furami, czyli na przykład naszych taksówkarzy. Automat, klima w standardzie, zawieszenie, które znosi nasze dziury, solidna i prosta konstrukcja, niewyżyłowany silnik, dobre hamulce, które muszą zatrzymać te rozbujane dwie tony, bagażnik taki, że nawet po władowaniu butli LPG zostaje qpa miejsca. A po naszych drogach i tak się szybko nie da jeździć...

Internet

Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się bardzo podoba. Są dwie dość szczególne strony www, które zna praktycznie każdy, kto chce kupić samochód: Kelley Blue Book, czyli strona, wg której dokonuje się wyceny samochodu oraz Carfax, czyli historia samochodu (wypadki, złomowanie, własciciele, etc.).

Uff, koniec wywodu :-)3

No i na koniec miałem napisać o tym co mnie ze stołka zrzuciło: samochody serii CXT firmy International. Już niedługo wszyscy obwieszeni złotymi łańcuchami hip-hopowcy i raperzy będą mieć takie w garażu, tak jak teraz Hummer'a czy Cadillaca Escalade. A potem przyjdzie moda na czołgi Sherman i Abrams w wersji cywilnej :)...

1 - moje obserwacje dotyczą generalnie Wschodniego Wybrzeża
2 - wolne tłumaczenie
3 - mam nadzieję, że to koniec z pisaniem o samochodach; nawet Słoń się zaczął zastanawiać o czym ja tak piszę przez cztery dni z rzędu :)

---

I have described USA car industry for a couple of times, but I have never written any summary. Today morning I was listening to the local radio station and I have heard words of ecstasy and admiration over one of the cars, brand of which was totally unknown to me. So I looked up on the Internet and...
...I almost felt off my chair when I found it.

As one of my friends just moved to US and asked me for an advice about the car, I decided to compile the small summary.

The origins

Japan
There is a couple of Japanese brands here, probably still unknown in Europe (I haven't seen them in Europe). Lexus (Toyota brand) or Acura (Honda brand) should be pretty known, but something like Scion (Toyota brand) or Infiniti (Nissan brand) are probably still unknown to European drivers. And by the way, some of US Acuras are sold as Hondas in Europe. At least I think so based on the way they look.

I believe Japanese cars are very popular here because of its economy. The most economic are probably Honda Civic and Toyota Corolla, but these cars are considered here small, or very small ones (except for micro hybrid Honda Insight I haven't seen anything smaller then these two ones). There are also more and more popular hybrid cars: Toyota Prius and Honda Civic Hybrid, but they are much more expensive.

I have also noted that small sport cars like Mitsubishi Eclipse, Toyota Celica or Scion tC are quite inexpensive here, probably because they are considered as small and practically useless for more then one person.

And by the way: Mazda is in Ford Group so I think it should be considered as US car now :-).

Europe
Among European brands the most popular here is Volkswagen. The reason is simple - there are factories in Mexico and Brasil. Other quite popular brands are Volvo and Saab. This was one of the biggest mystery to me until I found out that Volvo was taken over by Ford in 90's, while Saab is one of the GM brands. Of course, there is immortal Mercedes (with CDI being heavily promoted recently) as well as BMW (starting from "3", I haven't seen a single "1"), but not as popular as they used to be. I bet it shouldn't be surprising that SUV models are popular, which also justifies that there is a lot of Land Rover cars (Ford Group now).

To some extend, Mini is quite popular. But I believe it is more related to the DC Metro area, where everyday traffic is even more frustrating than bills I have to pay every month. And this might be a reason for the recent rumour about introducing Smart by Daimler-Chrysler.

Local brands
There is one thing that matters for sure - a size. So mostly there are SUVs, vans and pick-ups with engines of 4-liter (and more) displacement. Huge, weighting over 2 tons monsters :-) among which there are: Jeep Grand Cherokee and Liberty (introducing CRD engines this year), Dodge RAM, Chevy Tahoe i Suburban, GMC Yukon, Cadillac Escalade (the hip-hop and rap best seller :), i immortal Hummer (the third generation already). Of course, there are Japanese and European SUVs and trucks, but American ones rule the roads.

In my opinion the cult of SUVs is just silly. I can understand people living in the northern part of continent, where it is really difficult to drive through heavy snow in winter with ordinary car. But here, in DC? Not to mention the 28-30" polished rims with low profile tyres, which are just ridiculous, as they are usuitable for off-road and the car itself is unsuitable for racing.

The muscle cars are worth mentioning: antiques from 60's and 70's with huge engines and enormous amount of power. They are however for freaks, and for motor shows, not for everyday use. The most famous, as far as I know, is Ford Mustang '65.

I have also noted that there is a recent trend of retro style. There are more and more cars looking like those of 30's or 50's: Chrysler PT Cruiser, Chevrolet HHR, Chevrolet SSR, Plymouth Prowler, Ford Thunderbird.

A part of this fashion is related to hot rods: replicas of cars from the beginning of 20th century, equipped with good contemporary engine.

Fuel

In my opinion, this is so far the most significant difference as compared to Europe. I haven't seen any official statistics, but based on my own observation 95-98% of all cars are powered by regular fuel. Diesel engines are quite unpopular here. I saw them only in Volkswagens (TDI and TDI PD), Hammers and Daimler-Chrysler cars (Jeep CRD and Marcedes CDI). Apart from these, they are used in trucks and pick-ups.

In general Americans don't like Diesel engines. And the reasons are simple: gasoline was always cheap here (Diesel fuel costs more then regular gasoline), and gasoline engines are better performers (especially taking into account the displacement). If we take into account vibrations, noise and black smoke of Diesels, no one should be surprised why they are so unpopular.

There are 3 types of gasoline in US: 87 (rarely 85), 89 and 93 (sometimes 92, sometimes 94) octanes. And generally all local engines performs well with the lowest one. On contrary engines of European cars require 93-95 octans minimum.

I haven't seen the LPG (liquefied petroleum gas) yet. I am almost sure I won't see it unless the fuel price doubles here. On the other hand I have seen pro/semi-pro kits to power Diesel engines with grease or vegetable oils (canola, sunflower), even those already processed by local restaurant.

Gearbox/Transmission

This is another stereotype - automatic transmission. Indeed most cars, especially American ones, are equipped with automatic gearbox. However, there are more and more cars on the streets with manual transmission. First they are cheaper, second they are more economic, and third... I could start listing all the advantages, but I give up. I found only one advantege of automatic gearbox: I can keep a map in a free hand.

And most of my friends who were driving cars with manual transmission and they had to swith to automatic here shares my opinion.

On a street

I consider this as some kind of phenomenon. Local cars were always built to be reliable and dependable for long time. A mileage of 100-200 thousand miles isn't particularly unusual. Therefore looking at cars on local streets I have an impression that the car industry is a bit retarded here. This impression is even stronger when I see all those disregarded and rusted pickups. What's more, the excitement about new cars and technical development is not particularly visible. I could say some people are very proud of driving a car that is 10-20 years old. What's the reason? Car services are pretty expensive and many people maintain/service their cars on their own, while the contemporary controlling units make this operation rather difficult at home (but it is still possible - using VAG-COM).

There are, of course, the newest models around. But there is no synchronization between premiers here and in Europe. For example this year there were new VW Golf and Passat introduced in EU. Here they are planned to be introduced next year. It is totally opposite with VW Jetta: in US they introduced new model this year, while it is going to be introduced in EU next year. I bet not many people here have seen or heard about Volkswagen Polo, Volkswagen Lupo or Volkswagen Fox.

I have no idea about other brands, but the difference is clearly visible and this impression of being few years behind is very strong. Maybe it is because of rusted pick-ups, maybe because there are no French, Italian or Spanish cars, or maybe just because all these cars are so similar (big sedan body with sharp edges).

"Driving Miss Daisy"

Well, maybe it would be better if I didn't say anything. Personally I don't like American cars. I have been driving few of them and they are way too soft and I am scared driving over 80MPH.

Both issues are practically justified: the suspension is soft, because generally roads are far from being perfect in US, and bearing in mind that some people spend their lives behind the wheel I am not surprised there ia a demand for a soft suspension. Regarding speed: the freeway limit is 65MPH maximum, most people drive at 80-85MPH, because everything more then 20MPH over limit is considered as reckless driving. So I assume ordinary cars are just not designed to drive faster.

On the other hand, I can undestand all American cars advocates, e.g. Polish taxi drivers. Automatic gearbox, air-condition as a standard feature, soft suspension durable enough to successfully survive on our roads, tough design, better breaks to stop these 2 tons, trunk huge enough to fit an LPG tank still leaving a lot of space. And who needs anything faster on Polish roads...

Internet

There is one more thing I really like on US market. There are two websites known practically to everyone buying a car: Kelley Blue Book, where you can make a rough valuation of the car, and Carfax, which shows the history of the car (collisions, owners etc.).

EnoughB

The conclusion is about the car that made my jaw dropped: CXT International. I expect all rappers and hip-hoppers will be driving such cars soon, just as they drive Hummers czy Cadillacs Escalade right now. And the next step will be a civil version of Sherman and Abrams tanks :)...

A - based on my observations on the East Coast
B - I hope this is the end of writing about cars in US; even Słoń was wondering what I am writing about for four days

SMS

Doszły mnie słuchy, że nasze smsy nie dochodzą do Europy. Skoro nie dochodzą do większosci to mniemam, że to Cingular daje dupy. Biorąc pod uwagę, że tu nikt z tego nie korzysta, bo nie ma darmowych smsów w abonamencie, zakładam, że wysyłając te kilka wiadomosci zapchalismy łącza :). Albo zostały zatrzymane do kontroli przez tajne służby :).

---

I have heard our short messages (SMS) didn't reach most receivers in Europe. I believe the problem is on Cingular side. And bearing in mind nobody uses them here, as there are no free sms in the standard package, I assume we overloaded the network :). Or they are being controlled by the special agents right now :).

czwartek, lipca 21, 2005

Annapolis, MD

Annapolis, MD leży jakieś pół godziny drogi od Alexandrii, VA. A w zasadzie godzinę :).

W każdym razie wybieraliśmy się tam od kilq miechów. I jakoś nie szło. To tak jak wyjazd z Krakowa do Wieliczki. Też nie idzie :).

Ale w końcu nas naszło i postanowiliśmy jechać zobaczyć to zachwalane przez wszystkich miasto. Tu jedna uwaga: pojęcie turystyka w US sprowadza się w zasadzie do dwóch rzeczy: shopping i jedzenie. Oczywiści uogólniam, ale takie jest moje pierwsze wrażenie ilekroć rozmawiam tutaj z kimś o naszych planach weekendowych. Pierwsze stwierdzenie o jakiejś miejscowości to zwykle: A, mają dobre żarcie i można zrobić zakupy. Zupełnie jak na Krupówkach. Dobrze, że te Tatry takie duże, bo przynajmniej co niektórzy turyści wyjeżdżając z Zakopca pamiętają, że widzieli coś więcej niż sklepy i żarcie. W Annapolis takim znakiem charakterystycznym jest Akademia Morska (Naval Academy), której z wrodzonej przekory zdjęcia nie zrobiłem :), chociaż zajmuje pół miasta (bo jak to brzmi: idź się nawal w akademii :).

Za to bardzo mi się spodobał Eastport pomiędzy zatoczką Spa i Back. Niewiele tam było, trochę szkółek żeglarskich i pracowni szkutniczych. Ale turystów też nie było. Za to mnóstwo rzeczy do fotografowania.

Annapolis jest dosyć malowniczym miasteczkiem, i przypuszczalnie rajem dla żeglarzy. W DC na Potomacu można pomknąć na motorku, ale dla żaglówek mało miejsca i trochę za płytko, zwłaszcza, że chyba tylko jedną łódź mieczową widziałem - cała reszta to łodzie balastowe, więc na płyciznę się nie nadają. Generalnie to łajby takie, że dupę urywa. Wcale bym się nie pogniewał na jedną z tych mniejszych. Nawet za cenę odparzeń na rękach ("bo kabestany nie działały":). Chociaż wątpię, żeby tutaj cokolwiek nie działało... Udało mi się nawet jedną drewnianą łódź wypatrzyć, ale stała w "suchym doku" czyli przykryta namiotem ogrodowym :), tylko dziób wystawał.

Mieliśmy ochotę na jakąś rybie żarcie, strasznie zachwalane tutaj przez wszystkich, ale ceny w restauracjach z kosmosu, więc odpuściliśmy i zakończyliśmy naszą całodzienną pieszą wedrówkę po Annapolis w jakiejś popularnej knajpie, gdzie łoślina (czyt. łosoś :) dał się zjeść.

---

Annapolid, MD is located about half an hour away from Alexandria, VA. Or rather an hour :).

Anyway, we were planning this trip in the last couple of months. And somehow we couldn't make it. It is the same as going from Kraków to Wieliczka: a half an hour and you still can't make it :).

Finally last Sunday we decided to go and see this small town, recommended by anyone. By the way, I have this strange impression that tourism in US can be described with two words: shopping and eating. It is for sure a generalization, and there are exceptions, but everytime I talk to someone about our weekend plans, the first sentence in most cases is: Yeah, they have a great food and you can go shopping. Just like on the Krupówki Street in Zakopane. Fortunately, there are also Tatra Mountains there, and some tourists leaving Zakopane remember they saw something else, not only stores and restaurants. It seems in Annapolis, MD the role of the remembered landmark is played by Naval Academy, which occupies a half of the town's area. In defiance of that I haven't made any picture of this place.

On a contrary, I really enjoyed Eastport between Spa Creek and Back Creek. This is a quiet place with a lot of sailing schools and boat workshops. And there are no tourists there. Instead, one can find lots of opportunities to take pictures.

Annapolis, MD is a very colourful town and probably a paradise for sailors. The Potomac river in DC area might be good for motor boats, but it seems to be too narrow and too shallow for sailing boats. Especially that I saw only one boat with a centerboard, while the most uses a fixed keel, so that they are not the most appropriate for a shallow water. Speaking of boats, some of them were really cool. I wouldn't mind having one. Even of those smaller ones, and even for the price of burned palms (because of broken capstans or whatever). Although, I highly doubt there is anything broken on those boats... I was lucky enough to find a boat made of wood. It was placed in a "dry dock", which was in someone's backyard under a tent :), so that I was able to see its bow only.

Well, we wanted to taste the famous seafood, but the prices was just crazy, so we gave up and ended our whole-day walk having a dinner in an ordinary bar, where a fried salmon was also very good :).

środa, lipca 20, 2005

Opis później / Description later

Opis wyprawy do Annapolis, MD pojawi się w jutro, bo dziś już padam na pysk :)
---
The description of Annapolis, MD trip will be posted tomorrow, as I am too tired today :)

Pośród żaglówek znalazłem takie cacuszko: Ford Mustang, rocznika nie pomne. / Among all those sailing boats I have found this precious thing: Ford Mustang, no idea what year.

Niedzielne popoludnie... / Sunday afternoon...

Slonik i kolorowe spinakery. / Slon between colorful spinakers.

A to taka pseudo artystyczna wstawka. Zobaczylem starego sypiacego sie truck'a i postanowilem go sfotografowac. Mi sie podoba. / This is so called artistic intermission. I saw an old, rusty pick-up and decided to take a picture of it. I like it.

Lokalna szkola zeglugi. Duzo tutaj tego. / A local sailing school. There are more of them here.

Tak wyglada lokalny salon sprzedazy jachtow :). / This is a local yacht dealership :).

wtorek, lipca 19, 2005


Jeden z najbardziej niesamowitych domow jakie udalo nam sie zobaczyc. Wyglada tak drzwi na koncu naturalnego korytarza. / One of the most amazing houses we found. It looks like doors at the end of the natural corridor.
A Blogger Pchelka na to:

Rewelacyjne zdjęcie:) Powędruje na tapetę jak wreszcie będę miała neta w domu lub dyskietkę pod ręką :)
A tych reklam to nie dałoby się tak wyżej umieścić? Bo ja leniwa jestem i zjeżdżanie w dół, żeby klikać w te wszystkie bannery mnie męczy:P
I jeszcze jedno pytanie: jak to zrobić, żeby mieć w ogóle tkaie bannery? Ja chytra bestia jestem...:P

7/20/2005 3:03 PM  
A Blogger Wujek Zdzisek z Ameryki na to:

Wrzuciłem reklamy trochę wyżej.
A co do bannerków: trzeba się zarejestrować na http://www.google.com/adsense/. Pewnie są inni dostawcy reklam, ale mnie zaciekawiło google ze względu na wyszukiwanie reklam w zależności od zawartości strony.

7/20/2005 5:15 PM  

Prześlij komentarz

<< Powrót / Close


Slon przy jednej z przystani. Lajby takie, ze dupe urywalo. / Slon at one of the numerous marinas. BTW some of the sail boats were ass kicking.

Jedna z licznych knajpek. / One of the numerous pubs.

Lajbeczki niczego sobie. / Few nice sail boats.

Wujki nad zatoczka Spa. / At the Spa Creek.

Wyglada to na straz pozarna, ale chyba im troche farba wyblakla. / It looks like fire brigade, but the colours are a bit faded.

Maryland State House.

Arthur przy Pet Cafe. Wiele sklepikow wystawia miski z woda dla psow. / Arthur at Pet Cafe.

Stara zabudowa. / An old building.

Malownicza uliczka Main Street. / Very colourful Main Street.

Waski w pasie Hotel Maryland Inn. / Rather narrow Maryland Inn Hotel.

Park naokolo Maryland State House. / A park around Maryland State House.

Niesamowity przydomowy ogrodek. Sam sie zastanawialem czy na balkonie nie posadzic w skrzynkach jakichs popierdolkow. He, he, przypomnialy mi sie czasy jak we Wloszech w skrzynce hodowalismy bazylie, oregano i "jakies lokalne zielsko", ktorego nasiona Mros z Amsterdamu nazwozil:) / Unbelievable garden. I was thinking of growing tomatos in pots at our balcony. BTW This picture reminds me old good times in Italy, when we grew basil, oregano and "some local weed", seeds of which Mros had found in Amsterdam:).

Waziutkie przejscia pomiedzy domami. / Very narrow corridors between houses.

Pomiedzy domkami schowane sa maciupkie ogrodki. / Between the houses there are tiny gardens hidden.

niedziela, lipca 10, 2005

Kilka zdjęć z Indianapolis / Few pics from Indianapolis

Wywołaliśmy już filmy z Indianapolis. I zrobili nam od razu zrzut na płytki.

Straszna lipa z tym ogrodzeniem i innymi kibolami, ale nie liczyłem na nic więcej.

---

We have our films from Indy developed. And we have them scaned and saved on CDs.

Well, the fence and other spectators suck. But I didn't expect anything else.

Safety car. / Pierre, czy to jest standardowy AMG, czy specjalnie na F1? / Pierre, is this a standard AMG tuning or something special for F1?
A Blogger Aveugle na to:

Fajnie, super. Tylko masz rację... te cholerne siatki, płoty i ogrodzenia... przecież przez takie dzadostwo kiepsko widać, to co powinno być widać:) Mietek jest z BRABUSA i specjalnie pod F1 zrobiony (taki zmocniony :D)

PS. Vedevo i gatti saltatori - molto buono:)

7/13/2005 6:54 AM  

Prześlij komentarz

<< Powrót / Close


Tuz przed zajeciem pola startowego Michael zatrzymal sie tuz przed nasza trybuna. / Just before taking his starting position Michael stopped his car just in front of our seats.

Tak zakonczyl wyscig jeszcze przed startem Juan Pablo Montoya. Podobnie zreszta jak 13 innych kierowcow jezdzacych na oponach Michelin. / Juan Pablo Montoya was one of 14 drivers that had ended their race before it even started because of Michelin tyres.

To byla cala walka. / This is how the competition looked like during this race.

Pompy paliwa. / Fuel pumps.

Przez kilka okrazen Barrichello prowadzil. A propos, ta czerwona skrzynka z koniem to laptop. Niezly, nie? / For few laps Barrichello was a leader. BTW This red box is a laptop. Cool, isn't it?

Pit-stop. Bardzo mi sie podobaja osobiste gasnice, przypiete jak pistolety. / The personal fire extinguishers look like guns.

Miny chlopcy maja niezbyt wesole. Moze z wyjatkiem jednego. / They do not look very happy. Maybe except for last one.

środa, lipca 06, 2005

Zdjęcie tygodnia / Picture of the week



Tym razem zagadka: co zasłania ta pani? i ile hamburgerów potrzebowała, żeby to zasłonić?
Prawidłowe odpowiedzi będą nagrodzone weekendowym pobytem dla dwóch osób w hotelu "Pod Szopem" :-) na przyszłe święto niepodległości.
---
A small trivia this time: what building is behind this woman? and how many hamburgers did she need to cover it up?
Proper anwers will be praised with a weekend stay for two people in the "Racoon Hotel" :-) during next Independence Day.

4 lipca / Fourth of July

Dzień niepodległości. Bodajże największe święto narodowe w Stanach. Okazja do patriotycznych parad, a także rozmaitych koncertów i sztucznych ogni. No i oczywiście do nażarcia się.

Do DC zwala się taka masa ludzi, że wielokrotnie odradzano nam wjeżdżanie do samego DC. Patrząc na to co się działo w Arlington nawet nie chce wiedzieć co się działo w DC :-).

W każdym razie odpuściliśmy sobie całe imprezowania z wyjątkiem sztucznych ogni. Po kilq sesjach na Bulwarach Wiślanych w Krakowie w noc świętojańską mam co porównywać. Chociaż słyszałem, że w tym roq sztuczne ognie nad Wisłą były zdecydowanie najlepsze, chlip, chlip.

Pojechaliśmy nad Potomac od strony Roselyn. Wydawało nam się, że to będzie dobre miejsce. Nie tylko zresztą nam - zwaliła się masa luda: całe rodziny z grillami, przenośnymi qchniami, namiotami, przenośnymi lodówkami wypchanymi piwskiem i sodą. Niektórzy tak jak my - tylko na 20 minut pokazu sztucznych ogni. Że też im się chciało targać cały ten majdan...

Sztuczne ognie zaczęły się po zmroq i trwały 20 minut. W sumie całkiem niezłe - pokazali kilka, których wcześniej nie widziałem. Ale nadal nie wiem, czy nasze nie lepsze :-).

W każdym razie zdjęcia nie oddają widowiska. Moja cierpliwość zaczyna się kończyć, trzeba zacząć się rozglądać za jakąś rozsądną lusrzanką cyfrową i statywem.

---

Independence Day seems to be the most important holiday in U.S. This is an opportunity for patriotic parades, concerts and fireworks. And for eating, of course.

There is a gazillion of people arriving to DC and we were told several times to avoid going there on that day. I am not sure if I want to go there once I saw the crowd in Arlington :-).

We had decided just to see the fireworks. After several shows of fireworks by the Vistula river in Cracow in the shortest night of July I have enough experience to compare them. Although I have heard the fireworks in Cracow were the best this year :-(.

So we commuted to Roselyn to stay by the Potomac river. We thought it was a good place to watch the fireworks. We were not the only ones thinking like that. There were whole families coming and bringing grills, portable stoves, tents, hand fridges full of beer and soda - some of them came only for 20 minutes only just like us. I was surprised they were eager to bring it all...

The fireworks started after dawn and lasted about 20 minutes. They were quite good - I saw few of them I have never seen before. But I am not sure if they were better then those from Cracow :-).

My pictures don't reflect the show. My patience is coming to an end and I should start looking for some decent DSLR and a tripod.

Tuz przed rozpoczeciem / Immediately before start.

Sztuczne ognie / Fireworks.

Sztuczne ognie / Fireworks.

Sztuczne ognie / Fireworks.

Sztuczne ognie / Fireworks.

Sztuczne ognie / Fireworks.

wtorek, lipca 05, 2005

Wyprawa nieco bardziej religijna / Closer to a religion

W niedzielę Michał, nasz pierwszy lokalny rodak i kleryk zakonu Braci Werbistów, zaprowadził nas do Bazyliki Niepokalanego Poczęcia.

Trochę mi szczena w ziemie wpadła jak zobaczyłem to miejsce, bo nie spodziewałem się zobaczyć czegoś takiego w DC.

---

Sunday we were guided by Michał, our first local countryman and Societas Verbi Divini missioner candidate, to the Basilica of the National Shrine of the Immaculate Conception.

I must admit I was very surprised when I saw it. I did not expect to see anything like that in DC.

Bazylika Sanktuarium Niepokalanego Poczecia

Ksiazki z serii "dla opornych"??? / "For dummies" books?

Mozaika z Meksyku / Mexican mosaic.

Polski akcent / Polish trace.

Wschodnie podejscie / Asian approach.

Michal i Wujki

Sobotnia wycieczka / Saturday trip

W sobotę pojechaliśmy na wycieczkę rowerową brzegiem Potomac'a aż do Georgetown. Nic specjalnego. W zasadzie bardziej w celu rozpoznania terenu przed sztucznymi ogniami z okazji 4 lipca.

---

Saturday we made a short bike trip along Potomac river up to Georgetown. Nothing special. The purpose was more to look for the comfortable place to see the 4 July fireworks.

Zrywka / Take-off.

Slon i gesi z DC / Slon and DC geese.

Washington Monument & Lincoln Memorial.

Grand Prix F1 US Indianapolis 2005

F1 jest jednym z nielicznych sportów (oprócz WRC i siatkówki plażowej kobiet :-), którę potrafią mnie zatrzymać przed TV na dłużej niż 5 minut. W związq z tym, kiedy pół roq temu Philip zapytał mnie czy nie chciałbym jechać na GP F1 US w Indianapolis, to pozostawało tylko zadać pytanie: ile? A jak się okazało, że bilety są znacznie tańsze niż na jakiekolwiek GP F1 w Europie, to nie trzeba mi było dwa razy powtarzać.

Tym sposobem wylądowalismy w kolejnym stanie (Indiana) i kolejnym miasteczq (Indianapolis). Sam tor z zewnątrz wygląda jak trzecioligowy tor żużlowy. A przecież to podobno amerykańska mekka amatorów sportów samochodowych, dosć wspomnieć o słynnym wyscigu na 500 mil - Indianapolis 500. Trzeba przyznać, że organizacja całego przedsięwzięcia była dosyć marna. Dojazd to istna katorga. Nie wyobrażam sobie Indianapolis 500, gdzie podobno 300 tysięcy ludzi się zwala (na F1 było 3 razy mniej).

W każdym razie dojechalismy. Z parkingiem nie było problemu, bo przezornie wolałem za wczasu wyqpić miejsce. I dobrze, bo autochtony w promieniu paru mil od toru za parkowanie na trawniq przed domem wołały taką samą cenę.

Pogubilismy się w międzyczasie z godzinami. Na biletach napisane EST, w DC obowiązuje obecnie EDT, w Chicago (skąd przyjechalismy) już CDT. W każdym razie bylismy ze dwie godziny za wczesnie. Żar się z nieba lał, więc postanowiłem w ramach pamiątki zaqpić czapeczkę drużyny, z którą sympatyzuję: BMW-Williams (cieniasy i tyle :-). Przy okazji mielismy okazję przyjrzeć się "dewocji" co niektórych kibiców. Prym wiedli fani Ferrari. Jeden kolo to od stóp do głów był naubierany w czerwone ciuchy z metką Czarnego Rumaka. A drugi miał na głowie wielką czapę (tak z metr długosci) w kształcie samochodu tej marki.

Jesli chodzi o miejsca na trybunach, to qpując bilety wybierałem w zasadzie na chybił-trafił. I okazało się, że siedzimy na przeciwko pit-stopów, w okolicach końcowych pól startowych. Z jednej strony fajnie, bo widzielismy wyjscie z najszybszego zakrętu na torze, a z drugiej strony kicha, bo w drużynie Jordan Toyota jeździ indyjski kierowca (startował z 19 miejsca) i wszyscy fani tego pochodzenia dosłownie zamurowali ogrodzenie przy samym torze jak tylko samochody zaczęły zajmować miejsca startowe.

Punktualnie o dwunastej bolidy ruszyły na rundkę grzania opon. I q wielkiemu zaskoczeniu całej setki tysięcy kibiców, 14 z 20 bolidów zaraz potem zjechało do pit stopu1. Zapewne nie byłem jedynym, który prawie przegapił start wpatrując się jak mechanicy wpychają pojazdy do boxów. Ale tylko na moment, bo jak tylko wycie silników pozostałych 6 furek oznajmiło, że nadchodzi moment startu wszyscy wlepili oczy w tor. Potem tylko krótki pisk opon i poszli...

Wynik wyscigu był zasadniczo przesądzony od samego początq. Na torze były bolidy Ferrari, Minardi i Jordan Toyota. No to kto mógł wygrać?

Jak tylko zaskoczone ludziska na trybunach pozbierały szczęki z ziemi, zaczęło się skandowanie "Bull-shit, bull-shit!!!" i cała impreza została dodatkowo "wybuczana" :-). To taki lokaly zwyczaj wyrażania dezaprobaty - wszyscy wyją: "Buuuuuuuuuu!!!". Kilq nawiedzonych biegało z transparentem, żeby zacząć imprę od nowa, kilq nawalonych wydzierało się nieco głosniej, że to skandal i wogóle, no a duża grupa ludzi po prostu wyszła domagać się zwrotu kasy za bilety.

Chłopaki zrobiły swoje 73 okrążenia i wyscig się zakończył. W ramach żałoby nie było nawet polewania szampanem - chłopaki zwinęły trofea i dały nogę.

Szczerze mówiąc jak na pierwsze GP F1 to jestem nawet zadowolony, że na torze zostało 6 pojazdów i że połowa wiary dała nogę. Po pierwsze nie ogłuchłem do reszty. Bolidy robią taki hałas, że uszy więdną. Można było przed imprezą qpić zatyczki do uszu, ale gdzie tam - Wujek przecież wie lepiej i przyjechał delektować się tym wyciem. Następnym razem (o ile wogóle) wypożyczamy słuchawki operatora młota pneumatycznego, nie ma bata. Po drugie dzięki po częsci pustawym trybunom moglismy się przemieszczać i zrobić kilka zdjęć. Na szczęscie naszym "starym, dobrym, filmowym" EOS-ikiem (nie dosć, że zoom lepszy, to jeszcze brak ograniczeń w ilosci seryjnych zdjęć). Jak wywołamy klisze, to postaram się zrobić kilka scanów i wrzucić na bloga. Po trzecie i najważniejsze: WRAŻENIA!!! O, panie! W mordkę jeżozwierza! Wycie silników, pisk i dym z palonych opon, efekt bardzo szybkiego machania głową z prawa na lewo, wibracje trybun, fale gorącego powietrza, uderzające z nad toru. Czyli to co tygryski lubią najbardziej. Żałuję, że nie moglismy przyjechać w czwartek, bo można było zwiedzać boxy i oglądać te cuda techniki motoryzacyjnej z bliska.

Dużym minusem oglądania na żywo jest fakt, że widać dosć niewielki fragment toru a resztę na maciupkim telebimie. No i pewnien mały drobiazg: lokalna społecznosć nie przychodzi na imprezy masowe, żeby je oglądać. Głównym celem jest jedzenie. A w zasadzie nażarcie się, zalanie piwskiem i kopcenie smierdzącego cygara w możliwie najbardziej upierdliwy dla innych sposób.

1 Dla niezorientowanych: na wiosne 2005 wymieniona została nawierzchnia na torze i Michelin nie był w stanie na czas dobrać dla 7 zespołów jeżdżących na ich oponach odpowiednich kapci. Ponieważ młody Schumi poszybował swoją Toyotą w piątkowych przedbiegach, a Ferrari nie zgodziło się na postawienie szykany przed ostatnim, najszybszym zakrętem, to chłopaki, z obawy o swoje bezpieczeństwo, wyscig zbojkotowały.

---

Formula 1 is one of my favourite sport, that I can actually watch for more than 5 minuts (along with WRC and Women's Beach Volleyball :-). Therefore, when Philip asked me half a year ago, if I would like to go to US GP of F1 in Indianapolis, the answer was short: how much? And when I found out it was much cheaper then any GP of F1 in Europe, I didn't think twice.

The race track from outside isn't very impressive. I was surprised as it is one of the most famous one in US with its flagship 500 miles race - Indianapolis 500. The organization of the whole event was terrible. I have heard there were only 100k people (there are 3 times more during Indy500) and it was still very difficult to get through traffic and find the right way to the parking.

Finally we have arrived. My decision about booking a parking spot in advance was right. We have avoided a huge mess with finding any place to park in someone's yard within few miles from the track and ending up paying the same amount.

We have lost out time orientation in a mean time. The tickets were according to EST, time zone in DC was EDT and we were coming from Chicago, where it was CDT time zone back then. We were two hours before the race. We both some souvenirs: a hat of favourite team BMW-Williams (loosers :-). We also saw some devoted Ferrari fans: one wearing only red Black Horse clothes, and the second wearing huge (3 feet long) hat looking like Ferrari car.

We had quite good seats opposite to the boxes and close to the last few starting positions. It was good because we could see an exit from the fastest curve on the track, but it was also terrible, because there was a Jordan Toyota car starting from 19th place which was driven by Indian driver and hell lot of Indian fans gathered close to this car.

Exactly at noon the cars started the warming up round. And after this round 14 out of 20 unexpectedly drove to the pit stop leaving all fans almost speechless. I am sure I wasn't the only one that almost missed the real start looking at the cars being puched back to the boxes. Buit it was only for a second, as screaming engines announced a real start. Tyres were burnt for a moment and there they were...

The result of the race was obvious from the beginning. There were only Ferrari, Minardi and Jordan Toyota bolids on the track. Yes, it was pretty obvious...

As soon as the spactators were able to stop staring at the cars disapperaing in their boxes, they started to shout "Bull-shit" and "Booooooo". Some were carrying the poster requesting the race restart, while some drunkers were screaming it was a scandal bla, bla. But most of the disappointed people just left to request for a cash back.

The drivers completed their 73 rounds, and the race was over. There wasn't even a champagne celebration as a sign of disapproval.

I am pretty happy with my first GP of F1, the fact that there were only 6 cars on the track and all those spectators that left before the end. First I didn't get deaf. More cars would probably make even more noise, and we hadn't bought the ear protectors. I thought the noise wouldn't be a problem. I was wrong. Next time I am going to get good silencers. Also because of empty seats we were able to move and make some pictures with our old, good, film camera (better zoom and unlimited series pictures). When we have them developed I try to scan some of them and publish here. But over all the impression was amazing: screaming engines, whining burning wheels, turning your head very fast, vibrations of the seats, hot air coming from the track. Just great. I am disappointed we couldn't come on Thursday as there was a presentation of the cars in the boxes and everyone could examine them very closely.

The biggest disadvantage of watching a live race is that only a small part of track is visible. The remianing part we could watch on the small screen. Moreover local spectators seem to come not to see the race but to eat, drink beer, and smoke cigars disturbing other people as much as possible.

niedziela, lipca 03, 2005

Zdjęcie tygodnia / Picture of the week


Lykajac cala rybke / Swallowing a whole fish.
A Blogger Aveugle na to:

O wuff. Ja jakbym miał tak połknąć rybę i to w całości, to albo bym się porzygał, albo drugie wyjście, po prostu bym ja połknął. He he,,, te ptaki:)

7/04/2005 10:04 AM  

Prześlij komentarz

<< Powrót / Close

sobota, lipca 02, 2005

Straty / Losses

Oprócz zdjęć i maili: kontakt lista z gg i skype'a. Aha, pojawiła się wtyczka vSkype (www.vskype.com) do Skype, więc na razie nie zainstalowałem EyeBallChat'a.
PS. Maciek, czy możesz zainstalować to u siebie, bo nie mam z kim tego przetestować.
---
Except for pictures and mailboxes: contact lists from gg (a Polish communicator) and skype. BTW a plug-in for Skype called vSkype was released (www.vskype.com), so EyeBallChat was not yet installed.

Niedobitki / Survivors

Znalazłem dzisiaj na karcie CF kilka zdjęć, które zrobiliśmy w drodze z Chicago, a których nie zdążyłem przegrać na stary dysk.
---
Today I found few pictures on a CF card, taken on the way from Chicago, which were not transferred to the old hard drive.

BodyWorld2:
Przybij piatke / Give me five.

BodyWorld2:
Plasterek glowy zatopiony w jakiems przezroczystym tworzywie sztucznym. / A head slice covered with some transparent plastic substance.

Wujek i jezioro Erie. / Me on the Lake Erie.

Slon z panorama centrum Cleveland, OH w tle. / Slon with some Cleveland, OH buildings.